Ewakuacja
Igor szedł pierwszy. Korytarz był wąski, niski i pachniał wilgocią. Co kilkanaście metrów światło latarki wyławiało ze ścian stare oznaczenia instalacji.
R-17 / WODA
R-18 / ENERGIA
SEKCJA C
— Dokąd idziemy?
— Najpierw stąd wychodzimy.
— To już wiem.
— Świetnie.
— A potem?
— Na Bydgoskie.
Maja zatrzymała się.
— Pieszo?
Igor odwrócił się.
— Nie.
— To czym?
— Zobaczymy.
— To nie jest odpowiedź.
— W martwym mieście rzadko mamy rozkład jazdy.
Ruszył dalej.
Z góry dobiegł głuchy łoskot. Potem następny.
Zatrzymali się.
— Co to?
Igor zgasił latarkę.
Ciemność była całkowita. Maja słyszała tylko jego oddech. I własny. Nad nimi coś ciężkiego przejechało po ulicy. Powoli.
— Pojazdy techniczne — powiedziała.
— Skąd wiesz?
— Znam ten dźwięk.
— Do czego są?
Maja przez chwilę milczała.
— Do opróżniania sektorów.
Igor zapalił latarkę.
— Czyli do ewakuacji?
— Tak.
— To dlaczego powiedziałaś „opróżniania”?
Maja ruszyła.
— Bo tak nazywa się procedura.
Po kilkudziesięciu metrach tunel kończył się metalową kratą. Igor przykucnął i wyjął klucz.
Nie pasował.
Drugi też nie.
— Mówiłeś, że znasz drogę.
— Znam.
Trzeci klucz wszedł do zamka.
— Po prostu droga czasem się zmienia.
Za kratą znajdowała się niewielka komora techniczna. Na podłodze leżały stare rury, fragmenty izolacji i kawałki przewodów. Igor przesunął metalową płytę.
— Pomóż.
Maja złapała z drugiej strony. Płyta była cięższa, niż wyglądała. Za nią zobaczyła schody.
— Dokąd prowadzą?
— Do szkoły.
— Jakiej szkoły?
— Tej, której nie ma.
Tym razem nawet nie zapytała.
Wyszli w magazynie. Na ścianie wisiała tablica:
SZKOŁA PODSTAWOWA NR 31
Maja znała ten budynek.
A właściwie znała miejsce po nim.
Według miejskiej mapy szkołę rozebrano w 2070 roku. Tymczasem nadal stała. Nie cała — jedno skrzydło rzeczywiście zostało wyburzone. Drugie wciąż istniało.
Na korytarzu leżały materace, koce i kanistry z wodą. Przy ścianie siedziała starsza kobieta. Obok niej dziewczynka, może siedmioletnia, ściskała fioletowy plecak.
— Igor — powiedziała kobieta. — Co się dzieje?
— Przenoszą pierwszą linię.
— Dokąd?
— Tutaj na razie.
— A potem?
Igor nie odpowiedział.
Maja spojrzała na dziewczynkę.
— Jak masz na imię?
— Lena.
— Mieszkasz tutaj?
Dziewczynka pokręciła głową.
— W siedemnastce.
R-17.
Blok, który według systemu miał populację zero.
— Z mamą?
— I z dziadkiem.
Starsza kobieta wskazała korytarz.
— Matka pomaga innym.
Maja poczuła wstyd.
Przez lata widziała R-17 na ekranie.
OBIEKT NIEUŻYTKOWANY
Nigdy nie przyszło jej do głowy, że za tym statusem może siedzieć siedmioletnia dziewczynka z fioletowym plecakiem.
— Chodź — powiedział Igor.
Na końcu korytarza mijali kolejne osoby. Nie wyglądały jak uciekinierzy. Nie miały walizek. Większość niosła niewielkie torby: dokumenty, leki, kilka ubrań. Ktoś zabrał klatkę z ptakiem.
Maja zatrzymała wzrok.
— Naprawdę?
Igor spojrzał.
— Co?
— Ptak.
— Ma zostać?
— Nie.
Ruszyli dalej.
Na zewnątrz było już ciemno. Wyszli przez dawną salę gimnastyczną. Boisko zarosło, a na jego środku stały trzy stare samochody.
Prawdziwe.
Z kierownicami.
— To jeździ?
— Jeden.
— Który?
Igor wskazał najbrzydszy.
— Oczywiście.
Przy samochodzie czekał Roman.
— Myślałam, że miałeś zostać z Elżbietą.
— Też tak myślałem.
Otworzył bagażnik.
— Ela kazała was wywieźć.
— A ona?
— Została.
— Ilu ludzi już przenieśliście?
— Sto kilkadziesiąt.
— A reszta?
— Idą.
— Dokąd?
— Głębiej.
Maja spojrzała na szkołę.
— To nie wystarczy.
— Wiemy.
— Jeśli uruchomili pełną inwentaryzację, zobaczą zużycie energii, wodę, ciepło...
— Wiemy.
— Termowizję.
— Wiemy.
— Więc nie możecie po prostu przenosić ludzi między blokami.
Roman zatrzymał się.
— Masz lepszy pomysł?
Maja popatrzyła na niego.
— Tak.
W samochodzie było ciasno. Maja siedziała z przodu, Igor z tyłu. Roman prowadził. Auto ruszyło z szarpnięciem.
— Ile to ma lat? — zapytała Maja.
— Dużo.
— Widzę.
— To po co pytasz?
Maja spojrzała przez szybę.
— Żeby nie myśleć.
Roman skinął głową.
— Uczciwe.
Po kilkuset metrach Maja zauważyła światła w kilku oknach.
— Zgaście wszystko.
— Co?
— Światła. Ogrzewanie. Wszystko, co nie jest konieczne.
Roman spojrzał na nią.
— Jest noc.
— Właśnie.
— Ludzie potrzebują światła.
— Jeśli chcecie, żeby system zobaczył tutaj trzy tysiące mieszkańców, zostawcie.
Roman zwolnił.
— Co proponujesz?
Maja myślała.
To było dokładnie to, co robiła zawodowo.
Tylko odwrotnie.
Przez lata szukała śladów życia, żeby wiedzieć, gdzie miasto nadal powinno utrzymywać infrastrukturę. Teraz musiała sprawić, żeby życie wyglądało jak jego brak.
— Wygasić zużycie w pierwszych sektorach. Przerzucić pobór na kilka punktów technicznych.
— Jak?
— Nie wiem, jakie macie możliwości.
Roman uśmiechnął się.
— Większe, niż myślisz.
— Ciepło?
— Lokalne.
— Woda?
— Część z miejskiej, część własna.
— Sieć?
— Nasza.
— Energia?
— Różnie.
Maja spojrzała na niego.
— Jak długo wy to budowaliście?
— Ja? Kilka lat.
— A wcześniej?
— Inni.
— Miasto o tym nie wiedziało?
Roman spojrzał na nią.
— Miasto wiedziało, że tu nikogo nie ma.
Przy bramie południowej stały dwa pojazdy miejskie. Roman zgasił światła i zatrzymał samochód za blokiem.
Dwóch ludzi w odblaskowych kurtkach ustawiało przy drodze przenośny terminal. Nie policja. Nie wojsko.
Pracownicy miejscy.
Na drzwiach pojazdu widniało:
MIEJSKI ZESPÓŁ REORGANIZACYJNY
Maja znała ten znak.
Widziała go setki razy.
— To moi.
Igor wychylił się między fotelami.
— Gratulacje.
— Nie w tym sensie.
Jeden z pracowników wyjął z samochodu niewielki słupek i postawił go przy drodze. Urządzenie rozsunęło się. Na górze zapalił się sensor.
— Licznik przepływu — powiedziała Maja.
— Czego?
— Ludzi.
Igor oparł się z powrotem.
— Czyli jednak liczą.
— Tak.
— Co zobaczy?
— Każdego, kto przejdzie drogą.
— Twarz?
— Jeśli złapie.
— A jeśli nie?
— Sylwetkę. Temperaturę. Kierunek ruchu.
Roman zaklął.
— Inne wyjście?
— Jest.
— Gdzie?
— Zachodnie.
— Zamknięte od sześciu lat.
Maja uniosła brwi.
— Oficjalnie?
Roman spojrzał na nią.
— Zaczynam rozumieć waszą geografię — dodała.
Pojechali w przeciwną stronę.
Na skrzyżowaniu Maja zobaczyła starą tablicę:
TORUŃ — CENTRUM 5,8 KM
Nie pamiętała, kiedy ostatnio widziała zwykłą drogową tablicę. Miasto od lat prowadziło ludzi ekranami.
Tutaj zostały znaki.
Roman skręcił między drzewa. Asfalt skończył się po kilkudziesięciu metrach.
— Tutaj?
— Tutaj.
— Nie ma drogi.
— Jest.
Samochód podskoczył.
— To nie jest droga.
— Jedziemy?
— Niestety.
Po kilku minutach zobaczyli ogrodzenie. Nie trzy metry. Dwa. Stare.
Za nim zaczynał się normalny Toruń.
Oświetlona ulica. Przystanek. Ścieżka rowerowa. W oddali przejechał autonomiczny autobus.
Dwa światy dzieliło kilkanaście metrów.
Roman zatrzymał samochód.
— Dalej pieszo.
— A ty?
— Wracam.
— Do Elżbiety?
— Do ludzi.
Maja wysiadła. Roman podał Igorowi niewielki plecak.
— Na Bydgoskie nie idźcie głównymi.
— Wiem.
— I nie podłączaj jej telefonu.
— Nie mam.
Maja spojrzała na niego.
— Mój telefon został w R-17.
— Wiem.
Roman zamknął bagażnik. Maja ruszyła za Igorem.
— Maja — zawołał Roman.
Odwróciła się.
— Jeśli możesz coś zrobić z tym systemem...
Zawahał się.
— To nie rób tego dla nas.
— Dlaczego?
— Bo jak zrobisz dla nas, to ktoś kiedyś zdecyduje, że jednak nie warto.
Spojrzał na światła po drugiej stronie ogrodzenia.
— Zrób tak, żeby nie mógł tego robić nikomu.
Odjechał.
Przeszli przez rozcięcie w siatce. Maja stanęła na normalnym, czystym, oświetlonym chodniku.
Po ścieżce przejechała kobieta na rowerze. Minęła ich, nawet nie patrząc.
Maja odwróciła się.
Za płotem Rubinkowo było ciemne.
— I co teraz?
Igor wskazał przystanek.
— Tramwaj.
— Przecież mówiłeś, że dla tramwaju mogę być martwa.
— Nie wsiądziesz jako ty.
— A jako kto?
— Nikt.
— Bardzo zabawne.
— Nie żartuję.
Na ekranie przystanku:
LINIA 104
UNIWERSYTET — BYDGOSKIE — CENTRUM
3 MIN
— Wejście rejestruje pasażerów.
— Tak.
— Więc?
Igor wyjął z kieszeni małą kartę.
— Stare konto techniczne.
— Czyje?
— Nie pytaj.
— Igor.
— Człowieka, który nie żyje.
Maja spojrzała na niego.
— Naprawdę?
— Naprawdę nie żyje. Dla odmiany.
Tramwaj nadjechał niemal bezgłośnie.
Igor przyłożył kartę.
Zielone światło.
Podał ją Mai.
— Szybko.
Przyłożyła.
Zielone.
Weszli.
W wagonie siedziało może dziesięć osób. Maja wybrała miejsce z tyłu. Igor usiadł naprzeciwko.
Tramwaj ruszył.
Za oknem przesuwał się Toruń.
Zielony. Cichy. Uporządkowany.
Młode drzewa rosły w miejscu dawnego pasa jezdni. Rowerzysta jechał wzdłuż torowiska. Para siedziała na ławce. Ktoś wyprowadzał psa.
Maja pomyślała o tym, co działo się niecałe dwa kilometry stąd.
— Oni nie wiedzą — powiedziała.
— Kto?
— Ci ludzie.
Igor spojrzał przez okno.
— O czym?
— O was. O tym, że właśnie trwa ewakuacja. O tych wszystkich martwych.
— Nie.
Maja patrzyła na kobietę z psem.
— Jak można mieszkać obok i nie wiedzieć?
Igor wzruszył ramionami.
— Ty mieszkałaś.
To zabolało bardziej, niż powinno.
Zanurzali się w miasto.
Dla Mai było dobrze znane, a jednocześnie z każdą godziną coraz bardziej obce. Dla Igora właściwie zawsze było obce. Widywał je kilka razy w roku, kiedy trzeba było zdobyć leki albo inne rzeczy potrzebne martwym. Z pochyloną głową, z kapturem, w ciągłym slalomie między kamerami.
Jak ktoś poruszający się po cudzym mieszkaniu, kto nie ma pewności, czy właściciel naprawdę wyszedł.
Tramwaj sunął Lubicką.
Nowym Centrum Torunia.
Miasto porzuciło wcześniejsze plany stworzenia go tam, gdzie zaczynało się Chełmińskie Przedmieście. Trzy biurowce górujące kiedyś nad Szosą Chełmińską wysadzono, a w ich miejscu urządzono park.
Centrum przeniosło się tutaj.
Lubicką zwężono do jednej nitki. Po obu stronach wyrosły szklane biurowce. Jedne z widokiem na Wisłę. Drugie na Jakubskie, największą sypialnię Torunia.
Wieczorem światło robiło swoje. Szklane fasady odbijały każdy promień, a cała ulica wyglądała jak wizualizacja miasta, które wreszcie doprowadzono do końca.
Nowe Centrum stało się symbolem Nowego Torunia.
Pojawiało się wszędzie.
Na pocztówkach.
Smyczach.
Kubkach.
Koszulkach.
I na tysiącach zdjęć.
Tu spełniło się marzenie o Nowym Toruniu.
Lepszym od Starego.
Kolejnym marzeniem był Park Centralny. Ciągnął się od dawnego targowiska aż po Rudelkę. Po Osiedlu Młodych został właściwie tylko cmentarz św. Jerzego, wciągnięty w meandrujące alejki nowego parku. Zniknęła cała zabudowa pomiędzy Bema a Kraszewskiego.
Maja pamiętała hasła.
„Toruń potrzebuje oddechu”.
„Toruń nie powinien się już więcej rozlewać”.
„Tylko Kompaktowy Toruń”.
„Koniec z autostradami w środku Torunia”.
Przyklaskiwała im.
Park był piękny.
Nowe Centrum też.
W tym właśnie był problem.
Kompaktowy Toruń nie wyglądał jak katastrofa.
— Kompaktowy — powiedziała pod nosem.
Wysiedli trzy przystanki wcześniej, na placu Niepodległości, naprzeciw głównego wejścia do Parku Centralnego. Maja wiedziała, że kamer jest tam mniej.
Dalej szli bocznymi ulicami.
Toruń nocą był niemal bezgłośny. Samochodów niewiele. Automatyczne dostawy. Kilka rowerów. Gdzieś z otwartego okna dobiegała muzyka.
Maja patrzyła na kamienice.
Wolski mieszkał przy Słowackiego, w jednej z tych, które przetrwały wszystkie miejskie reorganizacje.
— Numer?
— Siedemdziesiąt jeden.
Igor wskazał budynek.
— To?
— Tak.
Przed kamienicą stał policyjny samochód.
Maja zatrzymała się.
— Za późno.
Igor spojrzał na okna.
— Niekoniecznie.
— Policja jest w środku.
— Już nie.
Po chwili z bramy wyszły dwie osoby. Kobieta i mężczyzna. Nieśli torby zabezpieczające.
Maja cofnęła się w cień.
Wsiedli do samochodu i odjechali.
— Czekamy — powiedział Igor.
— Na co?
— Aż naprawdę odjadą.
Czekali pięć minut.
Po trzech Maja chciała ruszyć.
— Jeszcze.
— Dlaczego?
— Bo ludzie zawsze wracają po coś, czego zapomnieli.
— To twoja wielka wiedza operacyjna?
— Nie. Raz wróciłem po czapkę.
— Masz dziewiętnaście lat.
— I bogate życie.
Po pięciu minutach weszli.
Drzwi mieszkania Wolskiego były zaplombowane.
— Świetnie.
Igor obejrzał plombę.
— Elektroniczna.
— Tak.
— Alarm?
— Tak.
— Można obejść?
— Można.
— Umiesz?
— Nie.
Igor wyjął coś z plecaka.
— Ja też nie.
— Więc?
— Dlatego nie wchodzimy drzwiami.
Maja spojrzała na niego.
— Nie.
— Jeszcze nie powiedziałem.
— Znam już twój sposób myślenia.
— Balkon.
— Nie.
— Drugie piętro.
— Nie.
— Jest daszek.
— Nie.
— To masz lepszy pomysł?
Maja spojrzała na drzwi.
Potem na schody.
— Tak.
Zeszła pół piętra niżej i zapukała.
Igor patrzył na nią.
— Co robisz?
— Coś, czego najwyraźniej nie robicie w martwym mieście.
— Co?
Drzwi się otworzyły.
Starszy mężczyzna spojrzał na nich.
— Słucham?
Maja uśmiechnęła się.
— Dobry wieczór. Jestem znajomą profesora Wolskiego. Zostawiłam u niego torbę.
Mężczyzna spojrzał na nią. Potem na Igora.
— Profesor nie żyje.
— Wiem.
— Policja dopiero co odjechała.
— Wiem.
— To chyba nie jest najlepszy moment na torbę.
— W środku mam dokumenty.
Mężczyzna patrzył przez chwilę.
— I?
— Potrzebuję wejść na jego balkon.
Igor odwrócił głowę.
Mężczyzna zmarszczył brwi.
— Co?
— Pański balkon jest obok balkonu profesora.
— Skąd pani wie?
Maja wskazała sufit.
— Pracuję dla miasta.
Igor zakrył usta dłonią.
Mężczyzna westchnął.
— Oczywiście, że pani pracuje dla miasta.
Otworzył szerzej.
— Pięć minut.
Balkony dzielił niecały metr.
Maja spojrzała w dół.
— Nadal uważam, że to idiotyczne.
— Ale skuteczne.
— Jeśli spadnę, zabiję cię.
— Kolejność może być problemem.
Maja przeszła pierwsza.
Nie patrzyła w dół.
Igor za nią.
Drzwi balkonowe Wolskiego były zamknięte.
— No i?
Igor wskazał niewielkie uchylone okno.
— Nie.
— Maja.
— Przestań mówić moje imię w ten sposób.
Po dwóch minutach byli w środku.
Mieszkanie wyglądało inaczej niż kilka godzin wcześniej.
Nie przez policję.
Przez brak Wolskiego.
Na stole nadal stał kubek. Na krześle leżał sweter. Na ekranie ściennym widniał wygaszony prostokąt.
Maja zobaczyła swoją torbę tam, gdzie ją zostawiła.
— Niczego nie dotykaj.
Igor spojrzał na nią.
— Ty właśnie dotykasz.
— To moje.
— Aha.
W torbie wszystko było. Maja wyjęła zapasowy terminal.
— Nie uruchamiaj — powiedział Igor.
— Nie zamierzam.
Schowała go.
— Archiwum było tutaj.
Podeszła do ściany i otworzyła panel.
Pusto.
— Nie.
— Co?
— Tu były nośniki.
— Policja?
— Może.
Maja uklękła.
Półka była całkowicie pusta.
Kilka godzin wcześniej Wolski pokazywał jej nagrania. Toruń z 2026 roku. Ludzi idących Szeroką. Samochody. Korki.
Zwyczajny dzień.
Teraz nie było niczego.
— Zabrali.
— Albo on przeniósł.
— Kiedy?
— Nie wiem.
Maja spojrzała na biurko.
Papier.
Długopis.
Stary czytnik.
I mała kartka, której wcześniej nie widziała.
Trzy linijki.
JEŚLI PRZYJDZIE MAJA — NIE DAWAĆ DO SIECI.
Niżej:
MPP/27
I ostatnia:
2035 NIE JEST ROKIEM.
Maja przeczytała dwa razy.
— Igor.
Podszedł.
— Co to znaczy?
— Nie wiem.
— MPP mam przy sobie.
— Wiem.
— Ale co to jest 2035?
Igor wziął kartkę.
— Napisał, że nie rok.
— Widzę.
— To może numer.
— Czego?
— Nie wiem.
Maja rozejrzała się po biurku, półkach i ścianach.
Nic.
— Wolski wiedział, że przyjdę.
— Albo Teresa wiedziała.
Maja pomyślała o MPP/27. O przedmiocie pozostawionym pod książką. O archiwum, które zniknęło.
— Szukamy.
Po dziesięciu minutach niczego nie znaleźli.
Po piętnastu Maja zaczęła się denerwować.
— To może być kod.
— Do czego?
— Nie wiem.
— Cztery cyfry.
— Dziękuję.
— Pomagam.
— Przestań.
Igor podszedł do regału.
— Jakub lubił stare rzeczy?
— Bardzo.
— Książki? Filmy? Papier?
— Tak.
Przesuwał palcem po grzbietach.
— A numery?
Maja spojrzała na niego.
— Co robisz?
— Szukam 2035.
— Na książkach?
— Czemu nie?
Maja już miała odpowiedzieć, kiedy zobaczyła niewielką metalową plakietkę na dolnej półce.
20 / 35
Podeszła.
— To nie numer.
— A co?
Maja spojrzała na regał.
Pięć pionowych sekcji.
Siedem półek.
Trzydzieści pięć pól.
— Dwadzieścia z trzydziestu pięciu.
Igor policzył.
— To.
Wyjęli książki.
Za nimi znajdowała się metalowa kaseta bez elektroniki.
Maja nacisnęła.
Nie otworzyła się.
— Klucz.
Igor spojrzał na jej kieszeń.
— Nie ten.
— Wiem.
Maja przypomniała sobie klucz od mieszkania matki. Ten, z którego od lat żartowała. Na pęku był jeszcze jeden, mniejszy. Nigdy nie wiedziała, do czego służy.
Włożyła go do zamka.
Pasował.
Przekręciła.
Kaseta się otworzyła.
Igor gwizdnął.
— Twoja matka naprawdę miała plan.
W środku leżały dziesiątki nośników i papierowa teczka.
Na okładce:
WARIANT 70
Maja poczuła, że przestaje oddychać.
Otworzyła.
Pierwsza strona:
KOMPAKTOWY TORUŃ 2080
Niżej:
WARIANT DOCELOWY: 70 000
To znała.
Te liczby wisiały dziś nad całym miastem.
Kolejne strony zawierały prognozy, koszty, sieć transportową, liczbę szkół i szpitali, kilometry dróg, zużycie energii.
Wszystko wyglądało zwyczajnie.
Profesjonalnie.
Rozsądnie.
Maja przewracała dalej.
POPULACJA BAZOWA: 78 421
POPULACJA REFERENCYJNA: 70 000
HORYZONT: 2080
Niżej:
REDUKCJA RÓŻNICY: 8 421
Zatrzymała się.
— Igor.
— Widzę.
— Nie. To może znaczyć spadek demograficzny.
— Może.
Przewróciła stronę.
MECHANIZMY REDUKCJI
Migracja.
Naturalna śmiertelność.
Ograniczenie napływu.
Relokacja.
Zmniejszenie kosztów utrzymania obszarów peryferyjnych.
A potem:
AKTYWNA OPTYMALIZACJA POPULACJI
Maja poczuła chłód.
— Co to znaczy?
Igor stał obok.
— Ty mi powiedz.
Następna strona.
Tabela.
Setki numerów, a przy każdym liczba.
0,0081
0,0144
0,0037
0,0219
Współczynnik kosztu nieobecności.
Na dole strony:
PRIORYTET REDUKCJI: JEDNOSTKI O NAJNIŻSZYM KOSZCIE NIEOBECNOŚCI.
Maja przeczytała zdanie kilka razy.
Nie chciała zrozumieć.
Ale rozumiała.
— Oni nie dostosowywali miasta do siedemdziesięciu tysięcy ludzi.
Przewróciła następną stronę.
Jedno zdanie.
CEL: DOSTOSOWANIE POPULACJI DO OPTYMALNEJ WIELKOŚCI MIASTA.
Usiadła.
Wszystko zaczęło układać się w całość.
Ludzie.
Zgony.
Martwe rejestry.
Igor.
Teresa.
Wolski.
Elżbieta.
Nie wierz liczbie.
Siedemdziesiąt tysięcy.
Nie prognoza.
Cel.
— Maja.
Nie odpowiedziała.
— Maja.
Podniosła głowę.
Igor patrzył w stronę okna.
Na ulicy zatrzymał się samochód.
Nie policyjny.
Miejski.
Bez oznaczeń.
Wysiadły z niego dwie osoby.
Kobieta.
Mężczyzna.
Maja znała ich.
Widziała ich kilka godzin wcześniej przed blokiem matki.
— To oni.
Igor zgasił światło.
— Kto?
— Byli u Teresy.
Mężczyzna spojrzał na kamienicę. Kobieta podniosła rękę. Na jej nadgarstku zapalił się ekran.
Drzwi wejściowe na dole otworzyły się.
Bez dzwonienia.
Bez klucza.
Maja zamknęła teczkę.
Igor chwycił nośniki.
Na klatce schodowej rozległy się kroki.
Spokojne.
Niespieszne.
Maja spojrzała na balkon.
— Znowu?
Igor pokręcił głową.
— Nie.
— Dlaczego?
Kroki były coraz bliżej.
— Bo tym razem wiedzą, że tu jesteśmy.