Po drugiej stronie
Za drzwiami mieszkania ponownie odezwał się głos:
— Pani Majo Różycka? Prosimy otworzyć drzwi.
Maja została na balkonie. Przez sekundę miała ochotę wrócić. Otworzyć drzwi, pokazać identyfikator, powiedzieć, że pracuje dla miasta i zaszło nieporozumienie.
Jeszcze rano dokładnie tak rozwiązałaby podobną sytuację.
Tylko że rano jej matka żyła.
A właściwie — rano Maja nie wiedziała jeszcze, że od trzech dni nie żyje.
Według miasta.
Zamek wydał następny sygnał.
Igor spojrzał w górę.
— Decyduj.
Maja chwyciła metalową drabinkę.
— Jeśli spadnę...
— Nie spadniesz.
— Jeśli spadnę, znajdę cię.
— To będzie raczej trudne.
Zeszła.
Drabinka prowadziła trzy piętra niżej. Nie była częścią żadnej drogi ewakuacyjnej, którą Maja znała z dokumentacji budynku. Wyglądała na dobudowaną później konstrukcję serwisową: wąską, przytwierdzoną do balkonów i częściowo zasłoniętą starymi panelami elewacji.
Na szóstym piętrze Igor przeszedł na sąsiedni balkon. Drzwi były otwarte.
— Tutaj.
— Czyje to mieszkanie?
— Niczyje.
— Takie nie istnieją.
Igor zatrzymał się.
— Zaraz zobaczysz, że istnieje ich całkiem dużo.
Weszli.
Lokal był pusty, ale nie w taki sposób, w jaki pustostany pokazywano na miejskich wizualizacjach: czyste, zabezpieczone, przygotowane do rozbiórki.
Tutaj ktoś po prostu kiedyś wyszedł.
Na ścianach zostały prostokąty po meblach. W jednym pokoju wisiała samotna firanka, na podłodze leżał kawałek dziecięcej układanki.
Igor wszedł do łazienki.
— Co robisz?
— Wychodzę.
— To jest łazienka.
— Bardzo dobrze.
Przyklęknął przy ścianie po dawnej kabinie prysznicowej i pociągnął za wystający metalowy uchwyt. Fragment lekkiej zabudowy odsunął się, odsłaniając pion techniczny.
Igor wszedł do środka.
— Możesz czekać na tamtych.
Kilka pięter wyżej rozległ się głuchy huk.
Drzwi Teresy.
Maja weszła za nim.
Nie musieli się czołgać. To była pierwsza dobra wiadomość.
Druga: po kilkunastu metrach pion przechodził w stary korytarz techniczny biegnący pod blokami.
Reszta była gorsza. Światło telefonu Igora ledwie wystarczało. Z sufitu zwisały przewody, wzdłuż ścian ciągnęły się stare rury, a w kilku miejscach trzeba było przeciskać się bokiem między instalacjami.
Maja zahaczyła dłonią o wystający metal. Syknęła.
— Co?
— Nic.
Na skórze pojawiła się cienka kreska krwi. Wytarła ją o wnętrze kieszeni płaszcza i poszła dalej. Nie powiedziała Igorowi, że właśnie tak wyglądała granica jej odporności na przygodę.
— Skąd znasz tę drogę?
— Chodziłem tędy.
— Często?
— Kiedy trzeba.
— Z moją matką?
Igor zawahał się.
— Kilka razy.
— I nigdy nie uznała, że warto wspomnieć córce, że chodzi kanałami pod Rubinkowem?
— To nie są kanały.
— Dziękuję za wyjaśnienie.
— A poza tym Teresa nie chodziła tędy wieczorami.
— Czyli problem rozwiązany.
Igor szedł kilka kroków przed nią.
— Dużo o niej nie wiesz.
— Zaczynam zauważać.
Na końcu korytarza czekały ciężkie metalowe drzwi. Tym razem Igor nie użył żadnego elektronicznego urządzenia. Wyjął zwykły klucz i przekręcił go w zamku.
— Wy naprawdę lubicie klucze.
— Klucz nie zapisuje, kto otworzył drzwi.
To zdanie zabrzmiało inaczej niż wcześniejsze żarty.
Za drzwiami znajdowała się piwnica innego bloku.
— Gdzie jesteśmy?
— Dwieście metrów dalej.
— Przeszliśmy pod ziemią dwieście metrów?
— Mniej więcej.
— Mogliśmy przejść chodnikiem.
Igor podszedł do niewielkiego okna pod sufitem i uniósł żaluzję.
Przed blokiem Teresy stał ciemny samochód bez oznaczeń. Wsiadły do niego dwie osoby. Kobieta i mężczyzna.
Maja nie widziała ich twarzy.
Nie musiała.
— Ci sami?
— Nie wiem.
— Pani Zofia mówiła o kobiecie i mężczyźnie.
— W Toruniu jest ich więcej.
— Umiesz odpowiadać normalnie?
— Czasami.
Igor opuścił żaluzję.
— Teraz wychodzimy drugą stroną.
Na zewnątrz Rubinkowo wyglądało znajomo. I właśnie dlatego przez pierwszych kilka minut Maja nie rozumiała, dokąd Igor ją prowadzi.
Szli przez tereny, które znała z pracy. Jeszcze pięć lat wcześniej stały tu trzy bloki. Teraz został jeden. W miejscu dwóch pozostałych powstała łąka — nie park ani urządzona zieleń, tylko prawdziwa, wysoka do kolan trawa i młode drzewa wyrastające z dawnych parkingów.
Po Szkole Podstawowej nr 8 została sala gimnastyczna i fragment elewacji, na którym wciąż można było odczytać połowę starego napisu.
Igor skręcił między drzewa.
— Gdzie idziemy?
— Niedaleko.
— To już mówiłeś.
— Bo nadal jest niedaleko.
Kilka minut później zobaczyła ogrodzenie. Wysokie, metalowe, ciągnące się między drzewami tak daleko, że po obu stronach znikało w zieleni.
Maja rozpoznała je natychmiast.
Obszar Reorganizacji Wschodniej.
Przynajmniej tak nazywał się teraz.
Na tablicy przy ogrodzeniu widniało:
OBSZAR WYŁĄCZONY Z UŻYTKOWANIA
WSTĘP ZE WZGLĘDÓW BEZPIECZEŃSTWA ZABRONIONY
Niżej ktoś dopisał flamastrem:
NAM TEŻ?
Maja zatrzymała się.
— Nie.
Igor nawet się nie obejrzał.
— Igor.
— Co?
— Tam nie wchodzimy.
Teraz się odwrócił.
— Wchodzimy.
— Nie. To teren zamknięty.
— Maju, właśnie uciekłaś po balkonie przed miejskim zespołem, przeszłaś tunelem przez dwa bloki i nosisz w kieszeni coś, czego twoja martwa matka kazała ci nie podłączać do systemu.
Maja popatrzyła na ogrodzenie.
— Kiedy tak to mówisz...
— Staram się pomóc.
Ruszyli wzdłuż płotu.
Teren po drugiej stronie Maja znała głównie z map. Największym obiektem był dawny kompleks penitencjarny, zbudowany jeszcze w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. Oficjalnie zamknięto go dawno temu, ale strefa ograniczonego dostępu przetrwała znacznie dłużej.
Z biegiem lat zmieniały się tylko nazwy: najpierw Strefa Bezpieczeństwa, później Obszar Kontrolowany, następnie Strefa Reorganizacji, w końcu Obszar Wyłączony z Użytkowania.
Administracja potrafiła zmieniać słowa znacznie szybciej niż rzeczywistość.
— Tam jest stare więzienie — powiedziała Maja.
— Było.
— Budynki nadal stoją.
— Budynek i więzienie to nie to samo.
— Wiem.
— Nie jestem pewien.
Maja zignorowała go.
— Po zamknięciu miało zostać rozebrane.
— Dużo rzeczy miało.
To akurat było prawdą.
Igor zatrzymał się przy fragmencie ogrodzenia całkowicie porośniętym bluszczem. Rozsunął gałęzie.
Za nimi znajdowała się przecięta siatka.
— Oczywiście — powiedziała Maja.
— Co?
— Dziura w płocie. Tego brakowało.
— Możemy wejść bramą.
— To czemu nie idziemy bramą?
— Czytnik.
Maja odruchowo dotknęła telefonu w kieszeni.
— Twarzy?
— Między innymi.
— A ciebie?
— Mnie nie rozpoznaje.
— Bo nie istniejesz.
— Zaczynasz łapać.
Igor przecisnął się przez rozcięcie i wyciągnął do niej rękę.
Maja jej nie przyjęła. Przeszła sama.
Nic się nie wydarzyło.
Żadnego alarmu. Żadnego światła.
Nawet powietrze było takie samo.
Może po latach oglądania map, na których teren miał jednolity szary kolor, spodziewała się fizycznej granicy pomiędzy miastem a jego brakiem.
Tymczasem po obu stronach płotu rosła ta sama trawa.
— I? — zapytał Igor.
— Co?
— Jak po drugiej stronie?
— Tak samo.
— Najgorszy rodzaj rozczarowania.
Ruszyli starą drogą. Po kilkudziesięciu metrach asfalt rozdzielał się na dwie ścieżki. Na mapie Mai żadnej z nich nie było. Według miejskich danych znajdowali się właśnie na terenie biologicznie czynnym.
Pod nogami miała popękany asfalt.
— To nie istnieje.
— Co?
— Ta droga.
— Stoimy na niej. To ulica Rakowicza. Albo to, co z niej zostało.
— W systemie jej nie ma. Według mapy została usunięta w 2071 roku.
— To musiała być bardzo dyskretna rozbiórka.
Maja przykucnęła i przesunęła palcem po pęknięciu.
Nie musiała tego robić. Wiedziała, że asfalt jest prawdziwy.
Po prostu przez chwilę chciała go dotknąć.
— Idziemy — powiedział Igor.
Pierwszy wieżowiec pojawił się za zakrętem.
Osiem pięter. Pamiątka po zmniejszaniu wieżowców. Rubinkowo redukowano najpierw powoli, nazywając to rewitalizacją. Z jedenastu pięter robiono osiem.
Elewacja wyblakła, dwa balkony podparto drewnianymi konstrukcjami.
Maja znała numer budynku.
R-17
WYŁĄCZONY Z UŻYTKOWANIA: MARZEC 2072
POPULACJA: 0
Na czwartym piętrze paliło się światło.
Na szóstym wisiało pranie.
— To nie jest pustostan.
— Nie.
Z wejścia wyszła starsza kobieta z psem.
— Dobry, Igor.
— Cześć, pani Mario.
Kobieta przyjrzała się Mai, ale o nic nie zapytała. Pies obwąchał jej but i pociągnął właścicielkę dalej.
— Ona tu mieszka?
— Tak.
— Od kiedy?
— Nie wiem. Długo.
Za następnym budynkiem pojawił się chłopiec na rowerze. Może dziesięcioletni.
— Igor!
— Cześć, Mati.
Chłopiec pojechał dalej.
— Dziecko — powiedziała Maja.
— Zauważyłem.
— Tu mieszka dziecko.
— Kilkoro.
— W budynku wyłączonym z użytkowania?
Igor wzruszył ramionami.
— On chyba o tym nie wie.
Szli dalej dawną Rakowicza.
Nie wszystkie bloki były zamieszkane. Niektóre naprawdę umierały: ciemne okna, zarośnięte wejścia, roślinność wyrastająca przez popękane schody.
Ale w innych świeciły światła. Na balkonach stały doniczki. Ktoś wynosił śmieci, mężczyzna naprawiał rower przy wejściu, z jednego z mieszkań dochodziła muzyka. Dwie kobiety rozmawiały przy ławce o zwykłych rzeczach: czy będzie padać, kto ma jutro dyżur, że ktoś znowu nie naprawił pompy.
To nie wyglądało jak tajna osada. Ani jak miejsce, w którym mieszkają ludzie ukrywający się przed państwem.
Wyglądało jak osiedle.
Starsze. Bardziej połatane. Wyraźnie biedniejsze od miasta po drugiej stronie płotu.
Ale żywe.
— Ile osób tutaj mieszka? — zapytała Maja.
— Tutaj?
— Tutaj.
— Nie wiem.
— Pięćset?
Igor szedł dalej.
— Tysiąc?
— Nie wiem.
— Jak możesz nie wiedzieć?
Odwrócił się.
— A ty wiesz, ile osób mieszka na twojej ulicy?
— Mogę sprawdzić.
— Właśnie.
— To nie jest odpowiedź.
— Jest.
Maja patrzyła na budynki i odruchowo zaczęła liczyć. Osiem pięter. Po cztery mieszkania na klatkę. Trzy klatki. Jeśli połowa...
Przerwała.
Nie wierz liczbie.
— Kilka tysięcy?
Igor nie odpowiedział.
To wystarczyło.
— Tutaj?
— Nie tylko tutaj.
— Co znaczy „nie tylko”?
— Są inne miejsca.
— Jakie?
— Rubinkowo. Skarpa. Trochę Mokrego. Kilka budynków na lewym brzegu.
Maja zwolniła.
— Ludzie mieszkają w zamkniętych sektorach całego miasta?
— Nie powiedziałem „całego”.
— Ilu?
— Znowu.
— Musi istnieć jakaś liczba.
— Dlaczego?
— Bo ludzi można policzyć.
— Można.
— Więc?
— My nie chcieliśmy.
— Kto „my”?
Igor zatrzymał się przy murku.
— Ci, których nie ma.
— Cztery tysiące?
— Może.
— Wolski znalazł ponad cztery tysiące rekordów.
— Wolski znalazł rekordy.
— To znaczy?
— Że znalazł ludzi, których ktoś wykreślił w ostatnim czasie. Nie wszystkich, którzy już wcześniej byli wykreśleni. Nie tych, których nigdy nie szukał. Nie dzieci, które...
Urwał.
— Jakie dzieci?
— Nieważne.
— Igor.
— Powiedziałem za dużo.
Maja zrobiła krok w jego stronę.
— Moja matka zostawiła mi wiadomość i potem zniknęła. Ludzie z miasta weszli do jej mieszkania. Ty wyprowadziłeś mnie przez balkon do osiedla zamieszkanego przez kilka tysięcy osób, których według moich danych nie ma. Ten etap, na którym mogłeś powiedzieć „nieważne”, minął pół godziny temu.
Igor przyglądał jej się przez moment.
— Chodź.
— Dokąd?
— Chcesz odpowiedzi?
— Tak.
— To chodź.
Minęli dawny pawilon handlowy przy Dziewulskiego. Trzy lokale nadal działały. Jeden był warsztatem, drugi czymś pomiędzy sklepem a magazynem. W trzecim kilka osób pochylało się nad stołem. Żadnych hologramów ani wielkich ekranów. Za to dużo kabli, dwa stare komputery i radio, które wyglądało na starsze od Mai.
Nad pawilonem wisiała ręcznie namalowana tablica:
RUBINKOWO
A pod nią, mniejszymi literami:
JESZCZE
Maja przystanęła.
— Kto to napisał?
— Nie wiem.
— Dobre.
— Mamy czasem przebłyski kultury.
Usiedli na niskim murku. Igor czekał, aż dwie osoby przejdą ulicą. Maja wykorzystała chwilę.
— Kiedy zniknąłeś z rejestru?
— Jak miałem dziesięć lat.
— Co?
— Byłem normalnie w systemie. Szkoła, lekarz, wszystko.
— I później?
— Umarłem.
Tym razem nie żartował.
— Czternastego listopada 2069 roku — dodał. — Miałem dziesięć lat. Poszedłem spać żywy. Rano nadal byłem żywy. Tylko system uważał inaczej.
— Przez pomyłkę?
Igor pokręcił głową.
— Nie.
— Skąd wiesz?
— Bo Teresa zrobiła to specjalnie.
Przez kilka sekund Maja była pewna, że źle usłyszała.
— Moja matka?
— Tak.
— Oznaczyła dziesięcioletnie dziecko jako martwe?
— Tak.
— Dlaczego?
Igor popatrzył na nią.
— Żebym przeżył.
Maja wstała.
— Nie.
— Wiedziałem, że tak zareagujesz.
— To nie jest reakcja. To nie ma sensu.
— Mnie też wtedy nie miało.
— Co ci groziło?
— Nie wiem wszystkiego.
— Miałeś dziesięć lat.
— Właśnie dlatego nie wiedziałem.
— Rodzice?
Igor odwrócił wzrok.
— Matka wiedziała więcej. Nigdy nie powiedziała mi wszystkiego.
— Gdzie jest?
— Nie żyje.
Maja poczuła się głupio.
— Przepraszam.
Igor wzruszył ramionami.
— To akurat naprawdę.
— A ojciec?
— Nie ma znaczenia.
Ton wystarczył. Maja nie pytała dalej.
— Co pamiętasz z tamtego dnia?
— Niewiele. Mama spakowała mi plecak. Powiedziała, że jedziemy na kilka dni. Potem pojawiła się Teresa. Była wściekła. Na wszystkich.
— I?
— Przywiozły mnie tutaj.
— Za płot?
— Nie było jeszcze dokładnie tak jak teraz. Ale tak.
— A następnego dnia już nie istniałeś.
— Oficjalnie umarłem dzień wcześniej.
— Czternastego listopada.
— Tak.
— I od tego czasu tutaj mieszkasz?
— Z przerwami.
— Bez szkoły?
— Była szkoła.
— Gdzie?
— Tutaj.
— Nielegalna.
— Matematyka działa tak samo.
Maja pokręciła głową.
— Lekarz?
— Był.
— Dokumenty?
— Czasem były potrzebne.
— Jak je dostawaliście?
— Teresa.
— Co robiła?
— Na chwilę nas przywracała.
— Przywracała?
— Status.
— W rejestrze?
— Tak.
— Moja matka nie miała takich uprawnień.
Igor się uśmiechnął.
— Cały czas mówisz o Teresie tak, jakby była starszą panią z Rubinkowa, która piecze ciasto i kłóci się z administracją.
— Bo nią była.
— Też.
— Kim była jeszcze?
— To powinien powiedzieć ci ktoś inny.
— Kto?
Igor wstał.
— Zaraz.
— Nie lubię tego słowa.
— Wiem.
Ruszyli dalej.
Maja próbowała poukładać to, co usłyszała. Jej matka. Siedemdziesięcioletnia Teresa Różycka. Kobieta, która dzwoniła, żeby zapytać, czy kupić jej ręczniki, skoro akurat są w promocji. Kobieta, która trzy razy w roku zapominała hasła do miejskiego portalu i zawsze twierdziła, że to wina portalu.
Ta sama kobieta przez lata potrafiła zmieniać statusy ludzi w jednym z najważniejszych systemów miasta.
Albo Igor kłamał.
Po dawnych wieżowcach przy Dziewulskiego nie było śladu. Przez kilka lat służyły za więzienny szpital, potem je rozebrano. Oficjalny powód: koniec gwarancji. Ale każdy, kto kiedykolwiek mieszkał na Rubinkowie, wiedział, że te bloki wytrzymałyby jeszcze dwieście lat.
Mijali kolejnych ludzi. Ktoś reperował rower, dwoje dzieci rysowało kredą na starym asfalcie.
Maja patrzyła na osiedle inaczej niż kilka minut wcześniej.
Nie jak na biedniejsze miejsce.
Jak na problem demograficzny wielkości kilku tysięcy ludzi.
Natychmiast się za to skarciła.
— Liczysz? — zapytał Igor.
— Nie.
— Liczysz.
— Taki mam zawód.
— Teresa mówiła.
— Co jeszcze mówiła?
— Że jesteś uparta.
Maja pierwszy raz od wejścia za ogrodzenie się uśmiechnęła.
Wtedy z jednego z bloków wybiegł mężczyzna. Miał około pięćdziesięciu lat.
— Igor!
Po jego twarzy od razu było widać, że coś się stało.
— Co?
— Bramy.
Uśmiech zniknął z twarzy Igora.
— Co z nimi?
— Zamknęli.
— Które?
— Wszystkie.
— Kiedy?
— Przed chwilą.
— Czujniki?
— Wróciły.
— Drony?
Mężczyzna spojrzał w niebo.
— Pierwszy już leci od Skarpy.
Maja również uniosła głowę. Nic jeszcze nie widziała.
— Co się dzieje?
— Nie wiem — odpowiedział Igor.
— Zamknęli teren przez mnie?
— Możliwe.
— Skąd mieliby wiedzieć, że tu jestem?
— Telefon. Mieszkanie Teresy. Zespół weryfikacyjny. Potem zniknęłaś z ich kamer.
— To tylko przypuszczenie.
— Tak.
Maja niemal się zdziwiła.
Pierwszy raz nie przedstawił przypuszczenia jak faktu.
— Igor, trzeba ją zabrać — powiedział mężczyzna.
— Wiem.
— Dokąd?
— Do Elżbiety.
Maja znała to imię.
— Jakiej Elżbiety?
Obaj na nią spojrzeli.
— Brzezińskiej?
Mężczyzna zamarł. Igor zaklął cicho.
— Skąd znasz to nazwisko?
— Była na liście Wolskiego. Według rejestru nie żyje od dwunastego sierpnia.
Zapadła cisza.
— To chodź — powiedział Igor.
— Czy ona żyje?
Nie odpowiedział.
— Igor.
— Sama ją zapytasz.
Ruszył szybciej. Maja poszła za nim.
Po kilkunastu krokach usłyszała niski szum.
Dron.
Nad linią drzew pojawił się niewielki ciemny kształt.
Miejski.
Dokładnie taki jak te, które codziennie obserwowały ruch, stan dachów, pożary i awarie.
Nic groźnego.
Nic niezwykłego.
Tylko że leciał bardzo wolno.
— Dziewięć lat — powiedział Igor.
— Co?
— Ostatni raz zamknęli wszystkie bramy dziewięć lat temu.
2069.
Rok jego śmierci.
— Dlaczego?
Igor przez chwilę się wahał.
— Szukali wtedy Teresy.
Maja przestała iść.
— Mojej matki?
Igor skinął głową.
Dron zmienił kierunek.
Zaczął lecieć w ich stronę.