TORUNIANIE
TORUŃ
POPULACJA: 73 614
Część 05

Nie wierz liczbie

14 min czytania

Maja wzięła kartkę ze stołu. Zwykły, cienki, lekko pożółkły papier. Matka trzymała w szufladzie cały plik takich kartek, bo uważała, że „nie wszystko trzeba pisać do urządzenia”.

Na zewnętrznej stronie było tylko:

MAJA

Rozłożyła kartkę.

W środku trzy słowa.

NIE WIERZ LICZBIE.

Nic więcej.

Przeczytała jeszcze raz. Potem trzeci.

Pierwsza liczba przyszła natychmiast.

73 614.

Oficjalna populacja Torunia.

Druga:

70 000.

Cel Kompaktowego Torunia.

Potem 218.

Ponad cztery tysiące.

312 mieszkańców sektora 4B.

847 dwa tygodnie wcześniej.

Liczby zaczęły układać się jedna na drugiej, jakby matka zostawiła jej zagadkę, do której odpowiedzią mogła być każda z nich.

— Której? — powiedziała głośno.

Nikt nie odpowiedział.

Odwróciła kartkę. Pusto.

Teresa czytała papierowe książki nie z sentymentu, tylko z uporu. Twierdziła, że jeśli urządzenie potrafi zmienić czcionkę, usunąć książkę albo stwierdzić, że użytkownik nie ma już do niej prawa, to nie jest książką, tylko usługą.

Maja podniosła otwarty tom.

Pod nim leżał niewielki przedmiot.

Nie klucz. Coś pomiędzy starym nośnikiem danych a metalowym brelokiem. Płaska prostokątna płytka długości kciuka, z jednej strony metalowa, z drugiej pokryta matową ceramiką. Bez ekranu i złącza.

Na obudowie wybito:

MPP/27

Maja obróciła płytkę w palcach. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziała. Przyłożyła ją do telefonu.

Nic.

Telefon nawet nie zareagował.

— Świetnie.

Schowała płytkę do kieszeni, a obok wsunęła złożoną kartkę. Dopiero wtedy zauważyła, że cały czas stoi przy stole w płaszczu. Zdjęła go.

Ręce lekko jej drżały.

Nie ze strachu — pomyślała.

Z głodu.

Tego dnia zjadła właściwie pół kanapki Wolskiego i jogurt dziewięć godzin wcześniej.

Pomidorowa.

Zapach był znajomy. Trochę za dużo majeranku, odrobina czosnku i ten słodkawy posmak pomidorów, którego Maja nigdy nie potrafiła odtworzyć, choć Teresa przysięgała, że niczego do nich nie dodaje.

Zupa była letnia.

To nie miało sensu.

Matka zapytała o makaron po czternastej, kilka godzin wcześniej. Mogła później zostawić garnek na kuchence.

Maja nalała sobie pół miski i usiadła. Pierwsza łyżka smakowała dokładnie tak jak zawsze.

Przy drugiej musiała odłożyć łyżkę, bo poczuła, że za moment się rozpłacze.

— Nie — powiedziała do siebie.

Wzięła następną. Potem kolejną.

Nie dlatego, że była głodna.

Dlatego, że jeśli zupa istniała, matka również wydawała się odrobinę bardziej prawdopodobna.

Telefon zawibrował.

WOLSKI

Maja odebrała.

— Znalazł ją pan?

Po drugiej stronie przez chwilę było cicho.

— Nie.

Maja zacisnęła dłoń na łyżce.

— Mieszkanie?

— Puste.

— Jakieś ślady?

— Nie.

— Sąsiedzi?

— Jeden człowiek twierdzi, że widział Jadwigę wczoraj przed południem. Potem nic.

— Czyli dwie.

— Co dwie?

— Dwie osoby martwe w rejestrze, które były żywe po własnej śmierci.

Wolski milczał.

— Pytała mnie dzisiaj, czy chcę makaron. Makaron jest w lodówce. Zupa na kuchence.

Dopiero kiedy to powiedziała, poczuła łzy pod powiekami.

— Drzwi? — zapytał Wolski.

— System nie chciał mnie wpuścić. Użyłam zwykłego klucza.

— Masz taki?

— Matka miała większe zaufanie do kawałka metalu niż do całego miasta. Znalazłam też kartkę.

— Co jest napisane?

Maja zawahała się. Nie wiedziała dlaczego.

— „Nie wierz liczbie”.

Tym razem cisza po drugiej stronie trwała odrobinę za długo.

— Tylko tyle?

— Tylko. Ale znalazłam coś jeszcze.

Wyjęła z kieszeni płytkę.

— Mały metalowy nośnik. Chyba. Jest napis MPP ukośnik dwadzieścia siedem.

Znów cisza.

Może dwie sekundy.

Wystarczyło.

— Profesorze?

— Masz to przy sobie?

— Tak.

— Nie przykładaj do żadnego miejskiego terminala.

Maja odłożyła łyżkę.

— Wie pan, co to jest.

— Nie wiem, co dokładnie ma Teresa.

— Nie o to pytałam.

— MPP to stare oznaczenie.

— Czego?

— Porozmawiamy, kiedy się spotkamy.

— Nie.

— Maju...

— Niech pan przestanie odkładać wszystko na później. Znalazłam przedmiot z oznaczeniem, które pan zna, w mieszkaniu mojej matki, która według systemu nie żyje. Pan znajduje ponad cztery tysiące podobnych przypadków, a pańska żona też jest jednym z nich. To jest ten moment, kiedy albo pan coś mówi, albo przestaję zakładać, że gramy po tej samej stronie.

Wolski odetchnął.

— MPP było jednym z oznaczeń używanych w pierwszych wersjach miejskiego modelu predykcyjnego.

— Kiedy?

— Dawno.

— Jak dawno?

— Pod koniec lat dwudziestych.

— 2027?

— Mniej więcej.

Pięćdziesiąt lat.

Maja obracała płytkę w palcach.

— I co to robi?

— Tego nie wiem.

— Świetnie.

— Mówię poważnie. Istniało wiele kluczy sprzętowych. Autoryzacja, podpisy konfiguracji, kopie źródłowe, serwis. Sam numer mi nie wystarczy.

— To po co matka to miała?

— Tego również nie wiem.

— Coraz lepiej.

— Zabierz to ze sobą.

— To akurat planowałam.

— I nie fotografuj.

— Dlaczego?

— Bo nie wiemy, co jest monitorowane.

Maja spojrzała na telefon przy uchu.

— Rozmawiamy o tym przez urządzenie podłączone do miejskiej sieci.

Wolski zamilkł.

— Słuszna uwaga.

— Dziękuję.

— Powinniśmy zakończyć rozmowę.

— Jeszcze jedno. Jeżeli znajdzie pan Jadwigę, proszę zadzwonić.

— Zadzwonię.

— Nawet jeśli będzie późno.

— Maju.

— Co?

— Jeżeli znajdziesz Teresę...

Urwał.

— Co?

— To samo.

Połączenie się zakończyło.

Maja zjadła jeszcze dwie łyżki.

Zupa przestała smakować.

Ktoś zapukał.

Trzy krótkie uderzenia.

Po chwili dwa następne.

Nie dzwonek.

Pukanie.

Maja zastygła.

Ktoś zapukał ponownie.

— Teresa?

Kobiecy głos. Starszy.

Maja podeszła do drzwi i spojrzała przez wizjer.

Pani Zofia z naprzeciwka.

Otworzyła.

Kobieta była drobna, miała siwe włosy związane z tyłu i cienki sweter mimo ciepłego wieczoru.

— Ty jesteś córką.

Nie było to pytanie.

— Tak.

— Wiedziałam.

Maja zmarszczyła brwi. Przecież znały się od lat.

— Skąd?

Zofia wzruszyła ramionami.

— Podobna jesteś, jak się złościsz.

Coś było nie tak. Nie tyle w słowach, ile w sposobie, w jaki Zofia na nią patrzyła.

Maja postanowiła tego nie pokazywać.

— Widziała pani mamę?

Kobieta natychmiast przestała się uśmiechać.

— Wczoraj.

— O której?

— Wieczorem.

— Tutaj?

— Tutaj.

Zofia obejrzała się na korytarz.

— Mogę wejść?

Maja odsunęła się.

W kuchni Zofia zatrzymała wzrok na misce.

— Jesz?

— Próbuję.

— Dobra zupa.

— Pani jadła?

— Teresa przyniosła mi wczoraj.

Maja znieruchomiała.

— Wczoraj?

— Wieczorem.

— O której?

— A bo ja wiem. Po wiadomościach.

— Jakich wiadomościach?

Zofia popatrzyła na nią z politowaniem.

— No tych o siódmej.

Matka codziennie oglądała skrót wiadomości lokalnych o dziewiętnastej, mimo że każdą informację mogła sprawdzić w dowolnym momencie.

„Jak wszyscy oglądają razem, to przynajmniej wiadomo, o czym potem gadać”.

— Co było dalej?

— Przyszli po nią.

— Kto?

Zofia zacisnęła usta.

— Z miasta.

— To znaczy?

— Kobieta i mężczyzna.

— Mundury?

— Nie.

— Identyfikatory?

— Mieli.

— Widziała pani jakie?

— Nie. Wisiały im tutaj.

Dotknęła piersi.

— Mama ich znała?

— Nie wyglądało.

— Co powiedzieli?

— Że w sprawie przeniesienia.

Mai ścisnęło żołądek.

— Mama ma relokację dopiero w listopadzie.

— Wiem.

— Pani wie?

— Wszyscy wiemy, kto kiedy ma.

— Oczywiście.

— Niewielu nas zostało.

— Powiedziała im, że termin jest w listopadzie?

Zofia prychnęła.

— Twoja matka powiedziała im dużo więcej.

Maja mogła to sobie wyobrazić.

— Kłóciła się?

— Teresa? Nigdy.

Przez moment patrzyły na siebie.

Zofia pierwsza się uśmiechnęła.

— Długo? — zapytała Maja.

— Z dziesięć minut.

— A potem?

Uśmiech zniknął.

— Ten mężczyzna coś jej pokazał.

— Co?

— Nie widziałam.

— Dokument?

— Może.

— Ekran?

— Coś małego. Trzymał w ręku.

— I?

— Zamilkła.

Maja poczuła zimno na karku.

— Mama?

— Tak.

To właśnie było najbardziej nieprawdopodobne.

— Co potem zrobiła?

— Powiedziała, że musi się ubrać.

— Weszła do mieszkania?

— Tak.

— Sama?

— Tak.

Maja zerknęła na stół.

Kartka.

MPP/27.

— Jak długo była w środku?

— Minutę. Może dwie.

— I wyszła?

— Tak.

— Z czym?

— Nie wiem.

— Torebka została.

— Widziałam.

— Telefon też.

Zofia pokiwała głową.

— Bała się?

Nie odpowiedziała.

— Teresa nie lubiła, kiedy ktoś widział, że się boi.

— To nie jest odpowiedź.

— Wiem.

— Bała się?

— Tak.

Maja usiadła.

Nagle musiała.

Zofia podeszła do szafki, wyjęła szklankę dokładnie z tego miejsca, z którego wyjmowała ją Teresa, nalała wody i postawiła przed Mają.

— Napij się. Jesteś podobna do Teresy.

— Nic mi nie jest.

— No przecież widzę.

Maja wypiła pół szklanki. Dopiero wtedy zauważyła, jak bardzo była spragniona.

— Dokąd ją zabrali?

— Nie wiem.

— Samochód?

— Nie widziałam.

— Mama wróciła później?

— Nie.

— Dzisiaj?

— Nie widziałam.

Maja sięgnęła po telefon.

— Ale dzwoniła do mnie. Dzisiaj. Ze swojego numeru.

Otworzyła historię połączeń i podała telefon Zofii.

MAMA — 14:36 — 4:17

Kobieta założyła okulary.

— Maja?

— Tak.

— Córka?

— Tak.

Zofia długo patrzyła na ekran. Na jej twarzy pojawił się strach.

— Rozmawiałyśmy dzisiaj o niczym — powiedziała Maja. — O mleku bez laktozy, pogodzie i pomidorowej.

Zofia oddała jej telefon.

— To dobrze.

— Co w tym jest dobrego?

— Że żyje.

Maja chciała odpowiedzieć, że rejestr twierdzi coś przeciwnego.

Nie zrobiła tego.

Zofia ruszyła do drzwi.

— Jak coś będziesz wiedziała...

— Powiem pani.

— Nie mnie.

— To komu?

— Wszystkim.

— Jakim wszystkim?

Zofia zatrzymała się w przedpokoju.

— Tym, co jeszcze zostali.

Wyszła.

Maja zamknęła drzwi.

Nie zamierzała czekać.

Miała pracowniczy dostęp do Rejestru Relokacji. Nie do pełnej warstwy źródłowej, ale wystarczający, żeby sprawdzić, czy Teresa została przeniesiona.

Otworzyła aplikację służbową.

BIURO OPTYMALIZACJI PRZESTRZENNEJ

ZALOGOWANA:
MAJA RÓŻYCKA

Wpisała:

TERESA RÓŻYCKA

System przetwarzał zapytanie nieco dłużej niż zwykle.

BRAK AKTYWNEJ OSOBY O PODANYCH DANYCH.

Maja przeszła do archiwum.

BRAK UPRAWNIEŃ.

Spróbowała ponownie.

To samo.

Wyszukała numer lokalu.

LOKAL NIEAKTYWNY.

Historia relokacji:

BRAK REKORDÓW.

Czyli matka nie została przeniesiona przez system.

Przynajmniej nie przez system, do którego Maja miała dostęp.

— Gdzie jesteś?

— To zależy, kogo pytasz.

Maja poderwała się tak gwałtownie, że uderzyła kolanem o stół. Miska zatrzęsła się.

W drzwiach kuchni stał chłopak. Miał może dziewiętnaście lat. Chudy, wysoki, w ciemnych spodniach i za dużej kurtce, przetartej na mankietach. Plecak wisiał mu na jednym ramieniu, włosy miał mokre od potu albo deszczu.

Maja chwyciła telefon.

— Kim jesteś?

— Igor.

— Jak wszedłeś?

— Drzwiami.

— Były zamknięte.

— Wiem.

— Jak wszedłeś?

Igor spojrzał na stół.

— Jest jeszcze zupa?

Maja przez sekundę nie wiedziała, czy dobrze usłyszała.

— Co?

— Pomidorowa.

Ruszył w stronę kuchni. Maja zastąpiła mu drogę.

— Jeszcze jeden krok i dzwonię na policję.

Igor się zatrzymał.

— Nie dzwoń.

— Dlaczego?

— Bo wtedy będziemy mieli problem.

— My?

— Ty trochę większy.

— Kim ty jesteś?

— Mówiłem. Igor.

— Nazwisko.

Chłopak otworzył lodówkę.

— Hej!

— Nie jadłem od rana.

Wyjął naczynie z makaronem.

— Odłóż to.

— Teresa by mi dała.

Maja znieruchomiała.

— Skąd znasz moją matkę?

Igor odstawił makaron.

— Znam.

— To już ustaliliśmy.

— Pomagała mi.

— W czym?

— W różnych rzeczach.

— Jakich?

— Takich, o których raczej ci nie mówiła.

Maja podeszła bliżej.

— Gdzie ona jest?

— Nie wiem.

— Kłamiesz.

— Nie.

— Wszedłeś do jej mieszkania własnym kluczem.

— Nie własnym.

— Gdzie jest Teresa?

— Naprawdę nie wiem.

— To po co tu przyszedłeś?

Igor popatrzył na jej kieszeń, tę, w której miała MPP/27. Maja odruchowo położyła na niej rękę.

— Po ciebie.

— Słucham?

— Teresa mówiła, że możesz przyjść.

— Kiedy?

— Wczoraj.

— Widziałeś ją?

Pokręcił głową.

— Rozmawialiśmy wcześniej.

— Jak wcześniej?

— Zostawiła wiadomość.

— Jaką?

— Jeśli wszystko pójdzie źle i przyjdziesz tutaj, mam cię zabrać.

— Dokąd?

— W bezpieczne miejsce.

Maja parsknęła.

— Jasne.

— Nie musisz mi wierzyć.

— Bardzo wygodne.

— Powinnaś jednak przestać używać telefonu.

— Dlaczego?

— Bo już zrobiłaś wystarczająco dużo.

— Do czego?

— Żeby wiedzieli, że tu jesteś.

— Kto?

Igor wskazał telefon.

— Miasto.

Maja prawie się roześmiała.

— Miasto nie jest osobą.

— Wiem.

— To przestań mówić o nim jak o człowieku.

— Dobra. Systemy, którym właśnie trzy razy wysłałaś swoje nazwisko, lokalizację i zapytanie o kobietę oznaczoną jako zmarła.

Maja zamilkła.

Igor nalał sobie wody i wypił ją prawie jednym haustem. Dopiero teraz zauważyła, jak bardzo był zmęczony.

— Możesz zjeść.

— Co?

— Zupę.

— Przed chwilą chciałaś dzwonić na policję.

— Nadal chcę. Ale głodny też będziesz kłamał.

Igor usiadł. Maja postawiła przed nim miskę.

— Makaron jest w lodówce.

Nałożył zdecydowanie za dużo i zaczął jeść łapczywie.

— Wolniej.

— Głodny jestem.

— Zauważyłam.

Przez pół minuty słychać było tylko łyżkę uderzającą o miskę.

Dopiero wtedy dotarł do Mai absurd sytuacji.

Siedziała w mieszkaniu matki uznanej za martwą i patrzyła, jak obcy dziewiętnastolatek zjada jej pomidorową.

— Nazwisko.

Igor przełknął.

— Kwiatkowski.

Maja wpisała dane w telefon.

Igor odstawił łyżkę.

— Nie.

— Co?

— Mówiłem, żebyś tego nie robiła.

— Chcę sprawdzić, kim jesteś.

— Nic nie znajdziesz.

— Każdy coś ma.

— Jo.

Maja podniosła wzrok.

— Co?

— Jo. Każdy coś ma.

— Co znaczy „jo”?

Igor popatrzył na nią, jakby właśnie zapytała, co znaczy „dzień dobry”.

— Serio?

— Serio.

— Urodziłaś się tutaj?

— Tak.

— Ile masz lat?

— Co to ma do rzeczy?

— Ile?

— Trzydzieści cztery.

— I nie wiesz, co znaczy „jo”?

— Nie.

Igor pokręcił głową.

— Was już naprawdę odcięli.

— Kogo „was”?

Nie odpowiedział.

Maja uruchomiła wyszukiwanie.

IGOR KWIATKOWSKI

Sekunda.

Dwie.

BRAK AKTYWNEJ OSOBY O PODANYCH DANYCH.

— Nie ma cię.

— Mówiłem.

— Ile masz lat?

— Dziewiętnaście.

— Dokument?

— Nie mam.

— Każdy ma.

— Ty masz.

— Co to znaczy?

Igor wziął kolejną łyżkę zupy.

— Że nie każdy żyje w twoim Toruniu.

— W jakim innym Toruniu można żyć?

— W takim, którego nie liczycie.

Mai zrobiło się chłodno.

— Teresa pomagała ludziom znikać?

Igor nie odpowiedział.

— Igor.

— Pomagała ludziom żyć.

— To nie jest odpowiedź.

— Dla nas była.

— Dla kogo?

Odłożył łyżkę.

— Dla martwych.

— Tych z rejestru?

Skinął głową.

— Czterech tysięcy?

— Nie wiem, ilu jest w rejestrze.

— Wolski znalazł ponad cztery tysiące.

— To nie wszyscy.

Maja patrzyła na niego.

— Co znaczy „nie wszyscy”?

— Dokładnie to.

— Ile was jest?

Igor sięgnął po szklankę.

— Nikt nie wie.

— To niemożliwe.

— U was wszystko musi mieć liczbę?

Maja przypomniała sobie kartkę.

NIE WIERZ LICZBIE.

Telefon zawibrował.

Oboje spojrzeli na ekran.

MAJA RÓŻYCKA

WYMAGANA DODATKOWA WERYFIKACJA TOŻSAMOŚCI.

Niżej:

PROSIMY POZOSTAĆ W AKTUALNEJ LOKALIZACJI.

MOBILNY ZESPÓŁ WERYFIKACYJNY ZOSTAŁ SKIEROWANY NA MIEJSCE.

Igor zaklął i poderwał się z krzesła.

— Co to znaczy? — zapytała Maja.

— Że wychodzimy.

— To może być zwykła kontrola.

— To zostań!

— Nie będziesz mi rozkazywał!

— Nie rozkazuję!

Chwycił plecak.

— Ja wychodzę.

Z korytarza dobiegł dźwięk windy.

Maja zamilkła.

Winda jechała w górę.

Pięć.

Sześć.

Siedem.

Maja ruszyła do wizjera.

— Nie — powiedział Igor.

— Chcę zobaczyć.

— A oni chcą zobaczyć ciebie.

Osiem.

Dziewięć.

Winda stanęła.

Drzwi się otworzyły.

Ktoś wyszedł.

Potem druga osoba.

Nie spieszyli się.

Kroki zbliżały się do mieszkania.

Igor był już przy balkonie.

— Co ty robisz?

Otworzył drzwi.

— Chodź.

— Jesteśmy na dziewiątym piętrze.

— Wiem.

— Nie zejdę po ścianie.

— Ja też nie.

Ktoś zatrzymał się przed mieszkaniem.

Panel przy drzwiach zapiszczał.

PRÓBA DOSTĘPU ZEWNĘTRZNEGO.

— Kim oni są?

— Jeśli będziemy mieli szczęście, zwykłą ekipą weryfikacyjną.

— A jeśli nie?

— To dowiesz się, jak zostaniesz.

Panel zapiszczał ponownie.

Igor wyszedł na balkon. Po lewej stronie, za przepierzeniem sąsiedniego balkonu, biegła wąska drabinka techniczna prowadząca pół piętra niżej do dawnego pomostu serwisowego.

Maja podeszła za nim.

— To jest legalne?

Igor popatrzył na nią.

— Ty naprawdę teraz o to pytasz?

Z mieszkania dobiegł spokojny męski głos:

— Pani Majo Różycka? Miejski zespół weryfikacyjny. Prosimy otworzyć drzwi.

Maja poczuła ulgę.

Prawie.

Miejscy.

Normalni.

Już miała wrócić, kiedy Igor powiedział:

— Zapytaj, z jakiego wydziału.

— Co?

— Zapytaj.

Maja podniosła głos.

— Z jakiego wydziału?

Krótka cisza.

— Prosimy otworzyć drzwi w celu potwierdzenia tożsamości.

Igor tylko na nią patrzył.

— Z jakiego wydziału? — powtórzyła.

Brak odpowiedzi.

Zamiast niej usłyszała mechaniczny dźwięk zamka.

Ktoś próbował przejąć sterowanie drzwiami.

Igor przełożył nogę przez barierkę.

— Teraz?

Maja spojrzała jeszcze raz w stronę kuchni.

Na stole została niedojedzona miska pomidorowej. Kubek matki. Otwarta książka.

Miejsce, w którym Teresa siedziała jeszcze nie wiadomo kiedy.

Maja sięgnęła do kieszeni.

Kartka.

MPP/27.

Wszystko było.

Weszła na balkon.

— Dokąd mnie zabierasz?

Igor zaczął schodzić.

— Do ludzi, których szukasz.

— Do tych z rejestru?

— Do części.

— Gdzie oni są?

Igor spojrzał w dół.

— W Toruniu.

Za plecami Mai zamek wydał krótki, wysoki dźwięk.

Autoryzacja.

Chwyciła drabinkę.

— Jesteśmy w Toruniu.

Igor zszedł o jeden szczebel.

— Jo.

Tym razem Maja nie zapytała, co to znaczy.

— Tylko nie w tym, który masz na mapie.

Koniec części 5