Pomidorowa
Samochód Wolskiego rzeczywiście istniał.
Maja nie była tego pewna, dopóki nie zeszli z jego mieszkania na podwórze i profesor nie otworzył starego blaszanego garażu. Stał w nim niewielki, ciemnoszary samochód, zmatowiały od wieku i wyraźnie nie z tej epoki.
— Ile to ma lat? — zapytała.
— Dwadzieścia jeden.
Wolski przyłożył dłoń do drzwi. Nic. Spróbował drugi raz. Samochód nadal nie reagował.
— Tylko proszę nic nie mówić.
— Nic nie mówię.
— Ale pani myśli.
— Teraz wiem, jakie to irytujące.
Wolski wyjął telefon, otworzył aplikację i odblokował pojazd ręcznie.
— Rozpoznawanie dłoni czasem wariuje.
— A samochód nie może po prostu rozpoznawać właściciela?
— Może.
— To dlaczego nie rozpoznaje?
— Bo od dwóch lat nie zaktualizowałem profilu.
— Dlaczego?
— Bo nie lubię, kiedy przedmioty domagają się ode mnie aktualizacji.
Maja usiadła po stronie pasażera. W środku pachniało kawą, kurzem i czymś miętowym. Na podłodze leżała papierowa torba z piekarni, na tylnym siedzeniu dwie książki, kurtka przeciwdeszczowa i pudełko po butach.
Nie wyglądało to jak samochód człowieka uczestniczącego w wielkim spisku. Raczej jak samochód starszego faceta, który od miesiąca go nie sprzątał.
Wolski usiadł za kierownicą i wyjął z kieszeni zawiniętą kanapkę.
— Pan teraz będzie jadł?
Odgryzł kawałek.
— Powinna pani też coś zjeść.
— Jadłam.
— Dwa kęsy.
— Nie jestem głodna.
— To nie jest odpowiedź organizmu, tylko stresu.
— Profesorze.
— Już milczę.
Samochód ruszył. Na ekranie pojawiło się:
CEL PODRÓŻY?
— Rubinkowo — powiedział Wolski.
PROSZĘ WSKAZAĆ LOKALIZACJĘ.
Maja podała adres matki. System przez sekundę obliczał trasę.
DOJAZD DO STREFY 4B OGRANICZONY.
MOŻLIWY DOJAZD DO PUNKTU GRANICZNEGO.
DALSZA PODRÓŻ PIESZO.
Wolski zaakceptował trasę. Samochód wyjechał na ulicę, a Maja natychmiast otworzyła historię połączeń.
MAMA — 14:36 — 4 MIN 17 S
Nacisnęła numer.
— Numer, z którym próbujesz się połączyć, nie jest przypisany do aktywnego użytkownika.
Rozłączyła się i spróbowała jeszcze raz.
To samo.
— Od tego nie zacznie działać — powiedział Wolski.
— Wiem.
Po kilku sekundach zadzwoniła po raz trzeci. Tym razem nic już nie skomentował.
Przejechali przez plac Rapackiego. Było po dziewiętnastej, a na ulicach nadal jasno. Sierpniowe wieczory trzymały dzień długo, jakby światło nie chciało przyjąć do wiadomości, że lato zaczęło się już kończyć.
Za szybą kobieta szła z psem. Przed punktem gastronomicznym siedziało kilka osób. Dwóch chłopaków jechało obok siebie rowerami i prawie wpadło pod automat sprzątający.
Zwykły poniedziałek.
Trudno było uwierzyć, że dokładnie w tym samym czasie telefon Mai twierdził, że człowiek, z którym rozmawiała kilka godzin wcześniej, przestał istnieć.
— Wolski.
— Tak?
— Dlaczego pan mi uwierzył?
— W co?
— Że rozmawiałam z matką.
— Nie mam powodu pani nie wierzyć.
— Miał pan.
— Jaki?
— Rejestr.
Wolski milczał.
— Wiedział pan wcześniej.
— Co?
— Że można być martwym w rejestrze i jednocześnie żyć.
Nie odpowiedział.
Samochód zwolnił przed skrzyżowaniem. Nikt nie przechodził przez ulicę, ale światło dla pieszych było zielone, więc pojazd czekał. Wolski przeżuł ostatni kawałek kanapki, zwinął papier i wsunął go w boczną kieszeń drzwi.
— Moja żona też nie żyje.
Maja przez chwilę była pewna, że źle usłyszała.
— Co?
— Według rejestru.
— Pańska żona?
— Jadwiga.
— Nie wiedziałam, że ma pan żonę.
— Mamy dzisiaj wyjątkowo dużo odkryć.
— Mieszka z panem?
— Nie.
— Rozwiedliście się?
— Nie.
— Czyli?
— Mieszka osobno.
— Od kiedy?
— Od dziewięciu lat.
Maja czekała.
— I?
— I co?
— Dlaczego?
— Naprawdę teraz interesuje panią moje małżeństwo?
— Pan właśnie powiedział, że pańska żona nie żyje.
— Według rejestru.
— A naprawdę?
Samochód ruszył.
— To ona była wczoraj u mnie.
— Ta osoba z listy?
— Jadwiga.
Maja przez chwilę milczała.
— Jesteście osobno od dziewięciu lat i jecie razem kolację?
— W niedziele.
— Co niedzielę?
— Prawie.
— Dlaczego?
— Bo przez pięćdziesiąt lat można się zorientować, że niektórych ludzi lepiej znosi się przez trzy godziny w tygodniu niż przez dwadzieścia cztery na dobę.
Maja prawie się uśmiechnęła.
— Zadzwoniłem rano — dodał Wolski.
— Numer nie istnieje?
— Dokładnie.
— Pojechał pan do niej?
— Tak.
— I?
— Nie było jej.
— Mieszkanie?
— Zamknięte.
— Policja?
Wolski prychnął.
— Oczywiście.
— Co powiedzieli?
— Że Jadwiga Wolska zmarła dwunastego sierpnia.
— Powiedział pan, że jadł z nią wczoraj kolację?
— Powiedziałem.
— I?
— Poradzili mi zgłosić błąd w rejestrze.
— Zgłosił pan?
— Tak.
— I?
Wolski sięgnął do kieszeni kurtki, po czym zrezygnował.
— Telefon mam gdzieś z tyłu.
— Niech pan prowadzi.
— Samochód prowadzi.
— Tym bardziej niech pan nie szuka telefonu pod siedzeniem.
— Zgłoszenie zostało zamknięte po czterdziestu trzech sekundach.
— Jak?
— Automatycznie.
— Z jakim wynikiem?
Wolski wyrecytował z pamięci:
— „Weryfikacja zakończona. Brak niezgodności. Osoba nie żyje.”
Mai zrobiło się chłodno.
— Dlatego zaczął pan sprawdzać Rubinkowo.
— Najpierw Jadwigę.
— I?
— Jej rekord był poprawny.
— Co znaczy „poprawny”?
— Żadnego błędu technicznego. Żadnej niespójności. Zgon został wprowadzony prawidłowo.
— Przez kogo?
— Tego nie mogłem zobaczyć.
— Dlaczego?
— Bo od dziewięciu lat nie pracuję już dla miasta.
— A jednak potrafił pan sprawdzić rekord.
Wolski nie odpowiedział.
Minęli miejsce, w którym kiedyś zaczynała się średnicówka, jedna z większych arterii miasta. Maja pamiętała ją jeszcze z dzieciństwa jako szeroką jezdnię, po której prawie zawsze coś jechało.
Teraz został jeden pas w każdą stronę. Drugą jezdnię rozebrano, a w jej miejscu rosły klony i lipy, nie rachityczne sadzonki zamknięte w metalowych koszach, lecz drzewa mające już po kilkanaście metrów. Między nimi biegła droga rowerowa.
Maja lubiła tę zmianę. Nigdy nie rozumiała ludzi, którzy na widok starego zdjęcia sześciopasmowej ulicy wzdychali, że „kiedyś to było miasto”.
Było.
Tylko wtedy należało głównie do samochodów. Teraz można było przejść przez pół Torunia, prawie nie słysząc silnika.
Nie wszystko, co stało się przez ostatnie pięćdziesiąt lat, było katastrofą.
To właśnie komplikowało sprawę. Łatwiej byłoby nienawidzić Kompaktowego Torunia, gdyby wszystko, co zrobił, było złe.
— Jak trafił pan od Jadwigi do tych dwustu osiemnastu?
— Data.
— Dwunasty sierpnia.
— Tak. Szukałem innych zgonów z tego dnia w jej sektorze.
— I znalazł pan dwieście osiemnaście.
— Najpierw trzydzieści siedem.
— A reszta?
— Poszerzyłem zakres.
— Mówił pan, że nie ma dostępu.
— Formalnie nie mam.
— I to wszystko?
— Nie.
— Oczywiście, że nie.
Wolski wskazał środkowy ekran.
— Otwórz folder „R”.
— Naprawdę nazywa pan tajne dane „R”?
— To skrót od Rubinkowo.
— Jeszcze gorzej.
Maja otworzyła folder. Była tam mapa całego Torunia.
— Włącz warstwę „status”.
Zrobiła to. Na mapie pojawiły się czerwone punkty. Najpierw kilkadziesiąt, potem setki. Wyglądało to, jakby ktoś opryskał miasto farbą.
Rubinkowo.
Skarpa.
Mokre.
Bydgoskie.
Lewobrzeże.
Chełmińskie.
— Co to jest?
— Zgony administracyjne z ostatnich sześciu miesięcy, które spełniają kilka wspólnych warunków.
— Jakich?
— Nagła dezaktywacja telefonu albo profilu miejskiego. Brak historii medycznej odpowiadającej przyczynie śmierci. Brak pochówku w rejestrze. Brak odbioru ciała.
— Brak odbioru ciała?
— Właśnie.
— To jak można kogoś uznać za zmarłego?
— Technicznie bardzo łatwo. Wystarczy, że właściwy system otrzyma prawidłowo zatwierdzony status.
— Ilu?
— Ponad cztery tysiące.
Maja milczała.
— Cztery tysiące sto?
— Trochę więcej.
— W pół roku?
— Tak.
— Profesorze, w Toruniu mieszka siedemdziesiąt trzy tysiące ludzi.
— Oficjalnie.
To słowo znowu.
Oficjalnie.
— Jeżeli cztery tysiące osób naprawdę umarły w pół roku, ktoś by zauważył.
— Zauważyliśmy.
— My. Teraz.
— Właśnie.
— Szpitale by zauważyły.
— Gdyby umarli w szpitalach.
— Rodziny.
— Gdyby rodziny istniały w tym samym systemie.
— Zakłady pogrzebowe.
— Gdyby były pogrzeby.
— Pan za każdym razem odpowiada tak, jakby chciał mnie przestraszyć.
— Nie chcę pani przestraszyć.
— Świetnie panu idzie.
Wolski spuścił wzrok.
— Mnie też to przeraża.
To ją uciszyło.
Przez chwilę jechali bez słowa, a na mapie nadal świeciły czerwone punkty.
Cztery tysiące.
Nie cztery tysiące zwłok. Nie cztery tysiące zamordowanych ludzi.
Cztery tysiące rekordów, o których nie wiedzieli, co właściwie oznaczają.
To było gorsze. Gdyby wszyscy nie żyli, byłaby katastrofa.
Gdyby wszyscy żyli, też.
— Jadwiga jest na tej mapie?
Wolski skinął głową.
— Teresa też?
— Tak.
Maja zamknęła oczy.
— Czyli przynajmniej dwie osoby były żywe po dacie własnej śmierci.
— Jadwiga na pewno.
— Moja matka też.
— Prawdopodobnie.
Maja otworzyła oczy.
— Nie prawdopodobnie.
— Nie byłem przy waszej rozmowie.
— Rozmawiałam z nią.
— Nie mówię, że nie.
— To co pan mówi?
— Że jeśli mamy zrozumieć, co się dzieje, musimy oddzielać rzeczy, które wiemy, od tych, których jesteśmy pewni tylko dlatego, że chcemy być pewni.
— Niech pan tego teraz nie robi.
— Czego?
— Niech pan nie zamienia mojej matki w dane.
Wolski zamilkł.
Minęli plac Daszyńskiego. Dalej zaczynało się Rubinkowo.
A właściwie to, co z niego zostało.
Maja pamiętała czasy, kiedy z tej strony miasta widać było ścianę bloków. Teraz między budynkami powstały ogromne przerwy. Niektóre stały samotnie pośród zieleni, jak pozostawione po ewakuacji.
Tyle że wokół rosły drzewa. Były ścieżki, ogrody, małe stawy retencyjne urządzone na dawnych parkingach.
Można było pomyśleć, że jest pięknie.
I było.
To właśnie było najgorsze.
— Zatrzymaj mapę — powiedziała Maja.
Przewinęła obraz. W rogu widniała liczba, którą oglądała w pracy codziennie i której nigdy właściwie nie widziała.
TORUŃ
POPULACJA: 73 614
Pod spodem:
KOMPAKTOWY TORUŃ 2080
POPULACJA REFERENCYJNA: 70 000
— Co? — zapytał Wolski.
— Siedemdziesiąt tysięcy.
— Tak.
— Cel programu.
— Tak.
— Przecież to nic nowego.
— Nie.
I to była prawda. O siedemdziesięciu tysiącach wiedział każdy. Od lat trwały konsultacje, protesty i debaty. Jedni twierdzili, że wreszcie ktoś zaakceptował rzeczywistość zamiast budować miasto dla ludzi, których już nie będzie. Inni mówili, że Toruń sam podpisuje na siebie wyrok.
Nikt jednak nie ukrywał tej liczby. Siedemdziesiąt tysięcy pojawiało się nawet na miejskich materiałach informacyjnych.
MNIEJSZE MIASTO. LEPSZA JAKOŚĆ ŻYCIA.
Maja znała hasło na pamięć.
— Kompaktowy Toruń miał dostosować infrastrukturę do siedemdziesięciu tysięcy mieszkańców.
— Tak.
— Szkoły. Drogi. Wodociągi. Transport.
— Tak.
— Zamykamy to, czego nie możemy utrzymywać.
— Tak.
— To sam pan współtworzył.
Wolski spojrzał przez szybę.
— Tak.
Tym razem powiedział to ciszej.
— Więc co pan sugeruje?
Nie odpowiedział.
— Profesorze.
— Kiedy zaczynaliśmy — powiedział w końcu — pytanie brzmiało: jak ma wyglądać Toruń, jeżeli zostanie w nim siedemdziesiąt tysięcy ludzi?
— No i?
— A jeśli w pewnym momencie ktoś zmienił kolejność?
— Jaką kolejność?
Wolski wskazał ekran.
— Jeśli pytanie zaczęło brzmieć: jak doprowadzić Toruń do siedemdziesięciu tysięcy ludzi?
Przez pierwszą sekundę Maja uznała to za absurd. Przez drugą chciała się roześmiać.
Przez trzecią przypomniała sobie:
RÓŻYCKA TERESA. STATUS: ZMARŁA.
— Nie.
— Nie mówię, że tak jest.
— Właśnie pan powiedział.
— Powiedziałem „jeśli”.
— Ludzie nie są infrastrukturą.
— Wiem.
— Nie można zamknąć człowieka jak szkoły, bo jest za drogi.
— Wiem.
— Nie można go usunąć z miasta, bo nie pasuje do modelu.
— Wiem.
— To o czym my w ogóle rozmawiamy?
— Nie wiem.
— To po co pan to mówi?!
Wolski pierwszy raz podniósł głos.
— Bo moja żona nie żyje od trzech dni i wczoraj kłóciła się ze mną o rybę!
Zapadła cisza.
Wolski odwrócił twarz do okna i zacisnął szczękę. Nagle przestał być profesorem Wolskim, człowiekiem od liczb, starszym facetem, który zawsze miał odpowiedź.
Był mężczyzną, którego żona zniknęła.
— Przepraszam — powiedziała Maja.
Pokręcił głową.
— Nie trzeba.
Na ekranie pojawił się komunikat:
ZBLIŻASZ SIĘ DO GRANICY STREFY 4B.
AUTOMATYCZNE PROWADZENIE ZAKOŃCZY SIĘ ZA 600 METRÓW.
— Dlaczego kończy?
— Oficjalnie dalsza droga jest wyłączona.
— Przecież tam mieszkają ludzie.
— Oficjalnie trzysta dwanaście.
— A nieoficjalnie?
— Właśnie próbujemy się dowiedzieć.
Samochód zwolnił przed niską barierą. Nie był to szlaban, raczej świetlna linia w nawierzchni i znak informujący, że dalej zaczyna się strefa ograniczonej obsługi.
Za nią ulica wyglądała zupełnie normalnie. Jechał rowerzysta, starsza kobieta ciągnęła wózek na zakupy, pod drzewem siedziało trzech mężczyzn.
Maja wysiadła. Wolski odpiął pas.
— Nie.
— Co „nie”?
— Ja pójdę sama.
— Nie.
— To moja matka.
— I właśnie dlatego…
— Pan ma Jadwigę.
Zatrzymał się.
— Był pan rano w jej mieszkaniu. Nie wiedział pan wtedy o czterech tysiącach.
— Co mam zrobić?
— Pojechać jeszcze raz.
Wolski spojrzał w stronę Rubinkowa.
— A jeśli Teresa…
— Zadzwonię.
Oboje spojrzeli na telefon Mai.
— Spróbuję zadzwonić — poprawiła.
— Maju.
— Co?
— Nie używaj miejskich systemów do szukania matki.
— Dlaczego?
— Jeszcze nie wiem.
— Świetnie.
— Mówię poważnie.
— Ja też. Od dziesięciu minut słyszę wyłącznie rzeczy, których pan nie wie.
Przyjął to bez protestu.
— Jeżeli cokolwiek będzie nie tak…
— Wrócę.
— Nie powiedziałem „wróć”.
— A co?
— Uciekaj.
Maja ruszyła w stronę Rubinkowa.
Im głębiej wchodziła w dzielnicę, tym mniej przypominała ona martwe miasto. Ktoś trzepał dywan przez balkon. Dziecko przejechało obok na małym rowerze. Przed sklepem dwie kobiety dyskutowały o cenie pomidorów. Z otwartego okna pachniało smażoną cebulą.
Nie był to świat po katastrofie. Był to świat, z którego kawałek po kawałku wyłączano miasto.
Minęła stary pawilon. Połowa lokali była zamknięta, w jednym działał jeszcze sklep spożywczy. Nad wejściem wisiała kartka:
OTWARTE DO 19:30, CHYBA ŻE DOSTAWA ZNOWU NIE PRZYJEDZIE.
19:24.
Przez moment pomyślała, żeby wejść po wodę. Nie weszła.
Kilka minut później stanęła przed jedenastopiętrowym blokiem, jednym z ostatnich, których miasto jeszcze nie przeznaczyło do rozbiórki.
Na fasadzie wisiała tablica:
STREFA 4B
PLANOWANE WYGASZENIE: 31.12.2078
Ktoś przykleił pod nią papierową kartkę.
MY TEŻ PLANUJEMY.
Maja zatrzymała się.
To zdanie mogła napisać Teresa.
Nie charakter pisma. Ton.
Matka od trzech lat odmawiała przeprowadzki. Miasto proponowało jej mniejsze mieszkanie bliżej centrum. Nowe. Energooszczędne. Na trzecim piętrze. Z przychodnią dwieście metrów dalej.
Maja uważała, że propozycja jest rozsądna.
Teresa uważała, że Maja może sobie tę rozsądną propozycję wsadzić w dokumentację.
— Po co ci dziewiąte piętro w połowie pustego bloku? — pytała Maja.
— Bo jest moje.
— Dostaniesz inne.
— To będzie inne.
Na tym zazwyczaj kończyła się rozmowa.
Przy wejściu system odczytał twarz Mai.
MAJA RÓŻYCKA
Po chwili:
GOŚĆ STAŁY — LOKAL 47
Drzwi otworzyły się.
Czyli ona nadal istniała.
Ta myśl przyszła nagle i była tak absurdalna, że Maja zatrzymała się w progu.
Na klatce pachniało gotowanym jedzeniem i detergentem. Ktoś niedawno mył podłogę. Winda działała. Maja nacisnęła dziewiąte piętro.
Na siódmym zatrzymała się sama.
Drzwi się otworzyły.
Pusty korytarz.
— Halo?
Nikt nie odpowiedział.
Drzwi zamknęły się. Na dziewiątym piętrze Maja wyszła z windy. Światło zapaliło się dopiero po kilku sekundach. Czujniki działały tu coraz gorzej.
Drzwi mieszkania matki były zamknięte. Z jakiegoś powodu ją to uspokoiło.
Przyłożyła dłoń do panelu.
Nic.
— No nie.
Spróbowała jeszcze raz.
BRAK AKTYWNEGO PROFILU LOKALU.
Serce zaczęło bić szybciej.
Teresa od trzech dni nie żyła.
Więc mieszkanie również przestało istnieć.
Przynajmniej dla systemu.
Maja wsunęła rękę do kieszeni płaszcza i dopiero wtedy przypomniała sobie o czymś, z czego od miesiąca regularnie żartowała.
Mały metalowy klucz.
— Po co mi to? — zapytała, kiedy matka jej go dawała.
— Jak kiedyś te wasze wszystkie mądre zamki zdechną.
— Nie zdechną.
— Wszystko kiedyś zdycha.
Maja znalazła otwór ukryty pod panelem. Przekręciła klucz.
Zamek kliknął.
— Miałaś rację — powiedziała cicho.
Otworzyła drzwi.
— Mamo?
Cisza.
W przedpokoju paliła się mała lampka. Buty stały przy ścianie, kurtka matki wisiała na haczyku, torebka leżała na krześle.
— Mamo?
W kuchni na stole stał kubek. Obok leżała otwarta książka. Na kuchence garnek.
Maja zdjęła pokrywkę.
Zapach rozpoznała natychmiast.
Pomidorowa.
Otworzyła lodówkę. Na dolnej półce stało małe naczynie.
Makaron.
Nie ryż.
Spojrzała na garnek i pustą kuchnię.
Teresa pisała:
Jutro pomidorowa. Makaron czy ryż?
Maja zanurzyła palec w zupie.
Ciepła.
Nie gorąca.
Ale ciepła.
— Mamo?
Tym razem powiedziała to dużo ciszej.
Nikt nie odpowiedział.
Dopiero wtedy zauważyła na stole, obok kubka i otwartej książki, mały złożony kawałek papieru.
Na nim jedno słowo.
Jej imię.
MAJA.