TORUNIANIE
TORUŃ
POPULACJA: 73 614
Część 02

Czysta pamięć

6 min czytania

Maja odsunęła ekran, ale zanim zdążyła powiedzieć coś jeszcze, wróciła wzrokiem do zatrzymanego kadru.

Rubinkowo sprzed ponad pięćdziesięciu lat. Rząd samochodów, następny rząd samochodów, chodnik, ludzie, drzewa jeszcze na tyle małe, że nie zasłaniały bloków. W tle ktoś przechodził przez parking z dwiema siatkami zakupów.

Zwyczajny dzień.

Właśnie to było w nim najbardziej niezwykłe.

— Skąd ty to masz?

Wolski spojrzał na nią znad okularów.

— Co?

— Nagrania.

— Z archiwum.

— Jakiego?

— Mojego.

— To są oryginały?

— Nie widzę powodu, żeby ktoś pięćdziesiąt lat temu tworzył fałszywy film przedstawiający parking na Rubinkowie.

— Dobrze wiesz, o co pytam.

Wiedział. I bardzo wyraźnie nie zamierzał odpowiadać.

Zdjęcia Maja znała. Każdy znał. W podręcznikach, miejskich archiwach i muzeach zachowały się tysiące fotografii Torunia z początku wieku: Rynek Staromiejski pełen ogródków, most Piłsudskiego, zatłoczona Szosa Chełmińska, Rubinkowo, Bydgoskie, dworzec, bulwar przed kolejnymi przebudowami.

Ale zdjęcie było tylko zdjęciem. Filmów przedstawiających zwyczajne życie prawie nie było.

Większość zniknęła podczas Programu Racjonalizacji Zasobów Pamięci Cyfrowej „Czysta Pamięć 2058”. W szkołach uczono o nim jak o jednej z największych operacji porządkowania danych w historii kraju. Dzisiaj brzmiało to dziwnie, ale wtedy projekt miał ogromne poparcie społeczne.

Przez pierwsze dekady XXI wieku ludzie nagrywali wszystko: siebie, dzieci, jedzenie, wakacje, zakupy, wypadki, kłótnie, ulice, obcych ludzi przechodzących przypadkiem przez kadr. Każdego dnia powstawały miliardy godzin materiału, którego później prawie nikt nie oglądał, ale który nadal zajmował miejsce na serwerach, wymagał energii, chłodzenia, kopiowania i zabezpieczania.

Potem doszła kwestia prywatności. Pokolenie, które jako pierwsze zostawiło w sieci prawie całe swoje życie, zaczęło się starzeć i jako pierwsze zażądało prawa, żeby część tego życia mogła po prostu umrzeć razem z nim.

Maja pamiętała hasło kampanii. Powtarzano je później w podręcznikach:

NIE WSZYSTKO, CO ZAPISALIŚMY, MUSIMY PAMIĘTAĆ.

Najpierw wyczyszczono większość materiałów z lat dwudziestych, potem trzydziestych, później część czterdziestych.

Oczywiście zachowano to, co uznano za ważne historycznie: sesje rady miasta, przemówienia prezydentów, uroczystości, otwarcia nowych inwestycji, oficjalne kroniki. Tysiące zdjęć.

Historia Torunia ocalała.

Zniknęła jego codzienność.

To, jak ludzie mówili. Jak szli ulicą, stali na przystankach, wracali z zakupami. Jak wyglądała Szeroka w zwykły wtorek albo Rubinkowo o siedemnastej.

Maja wiedziała, że pół wieku temu po Toruniu jeździły dziesiątki tysięcy samochodów. Wiedziała, czym był korek, że Rynek Staromiejski potrafił być pełen ludzi, a na Rubinkowie mieszkały dziesiątki tysięcy osób.

Tylko prawie nigdy tego nie widziała.

Kilka przypadkowo odnalezionych nagrań krążyło jeszcze po prywatnych archiwach. Czasami ktoś wrzucał kilkunastosekundowy fragment do sieci, zanim automatyczne systemy oznaczyły go jako materiał nieposiadający potwierdzonego statusu archiwalnego.

Wolski miał całe godziny.

Ulice. Tramwaje. Parkingi. Starówkę. Zwyczajnych ludzi robiących zwyczajne rzeczy.

Nie dziwiło jej, że taki Toruń istniał. Dziwiło ją, że tak wyglądał, kiedy nikt nie pozował do zdjęcia.

— Naprawdę mi nie powiesz, skąd to masz?

— Nie.

— Czyli nie powinieneś tego mieć.

— Tego też nie powiedziałem.

— Nie musiałeś.

Wolski zgasił nagranie.

— Gdybym chciał ci pokazać materiały, które wolno mi posiadać, zaprosiłbym cię do biblioteki.

Maja przypomniała sobie, od czego zaczęli.

— Profesorze?

— Tak?

— Co znaczy „oficjalnie”?

Wolski przesunął palcem po stole i zgasił ekran. Zniknęła mapa Rubinkowa, szare pole strefy 4B i liczba 312. Został czarny blat, na którym odbijało się światło wpadające przez okno.

Profesor Jakub Wolski miał siedemdziesiąt dwa lata, siwe włosy przycięte tak krótko, że z daleka wyglądał prawie na łysego, i zwyczaj ubierania się codziennie dokładnie tak samo: ciemne spodnie, biała koszula bez krawata, szary sweter. Wydawało się, że albo kupował wszystko po kilka sztuk, albo od trzydziestu lat posiadał jedno ubranie, które w jakiś cudowny sposób nie chciało się zużyć.

Maja znała go od sześciu miesięcy. Przez pierwsze trzy uważała, że jest nudny. Przez następne dwa — że arogancki. Od kilku tygodni podejrzewała, że jest jednym i drugim, ale na tyle inteligentnym, że warto mu to wybaczyć.

Poznali się w dawnym Collegium Maximum, gdzie mieściło się między innymi Biuro Optymalizacji Przestrzennej, przez pracowników nazywane po prostu Wygaszaniem. Maja właśnie tam pracowała.

Na identyfikatorze miała napisane:

MAJA RÓŻYCKA

SPECJALISTKA DS. REORGANIZACJI OBSZARÓW MIEJSKICH

Jej matka po raz pierwszy zobaczyła plakietkę pół roku wcześniej, przeczytała ją dwa razy i powiedziała:

— Czyli burzysz ludziom domy.

— Nie burzę.

— A co robisz?

— Analizuję dane.

— I co potem dzieje się z tymi danymi?

— Na ich podstawie podejmowane są decyzje.

— Jakie?

— Różne.

— Na przykład o burzeniu ludziom domów?

Od tamtej pory Maja chowała identyfikator do torebki, zanim wchodziła do matki.

— Pytałam, co znaczy „oficjalnie” — powtórzyła.

Wolski westchnął.

— To znaczy dokładnie to, co znaczy. Według rejestru w strefie 4B mieszka trzysta dwanaście osób.

— Według którego rejestru?

— Centralnego.

— To niemożliwe.

— Dlaczego?

— Bo dwa tygodnie temu robiłam aktualizację dla Rubinkowa. W samej 4B było ponad osiemset.

— Osiemset czterdzieści siedem.

— Skąd pan pamięta takie rzeczy?

— Pamiętam rzeczy, które mnie interesują.

— I interesuje pana liczba mieszkańców jednego sektora Rubinkowa?

— Ostatnio tak.

— Dlaczego?

Wolski nie odpowiedział. Wstał i podszedł do okna.

Z trzeciego piętra było widać fragment placu Rapackiego, tego dnia prawie pustego. Przez skrzyżowanie przejechał niewielki autobus miejski. Zatrzymał się na przystanku, choć nikt nie czekał. Otworzył drzwi, po kilku sekundach zamknął je i ruszył dalej.

Przez chwilę oboje patrzyli za nim.

— Wie pani, ile Toruń miał mieszkańców w roku pani urodzenia? — zapytał Wolski.

— Nie.

— Sto dwadzieścia sześć tysięcy.

— Pewnie pan zaraz powie, że kiedyś było dwieście tysięcy.

— Było.

— Wiem. Przerabialiśmy to na studiach. Wielkie miasta, suburbanizacja, kryzys demograficzny, starzenie się ludności, odpływ młodych. Mogę nawet zrobić smutną minę.

Wolski odwrócił się od okna.

— Pani pokolenie ma niezwykły talent do traktowania katastrof jak prezentacji, którą ktoś już kiedyś pokazał.

— A pańskie miało niezwykły talent do ich przewidywania i nierobienia niczego.

— Robiliśmy.

— Billboardy?

Uśmiechnął się.

— Nie tylko.

— Zespoły?

— Maju.

— Przepraszam.

Nie przepraszała.

Wolski wrócił do stołu.

— Kiedy rozpoczynaliśmy Compact Toruń, prognozy mówiły, że w 2080 roku zostanie nas około stu dziesięciu tysięcy. Potem dziewięćdziesiąt pięć. Potem osiemdziesiąt. Dzisiaj oficjalna prognoza mówi o siedemdziesięciu tysiącach mieszkańców.

— Siedemdziesiąt trzy i pół.

— Siedemdziesiąt trzy i pół to cel na koniec przyszłego roku. Siedemdziesiąt to cel właściwy.

— Nie lubię tego słowa.

— Jakiego?

— Cel.

— Dlaczego?

— Bo liczba mieszkańców miasta nie powinna być celem.

Wolski przyglądał jej się przez chwilę. Potem uśmiechnął się bardzo lekko.

— Wreszcie.

Koniec części 2