Miasto
Maja patrzyła na Toruń przez przednią szybę samochodu Romana. Była piąta czterdzieści dwie. Niebo zrobiło się jasne, ale słońce jeszcze nie wyszło.
Latarnie gasły jedna po drugiej.
Nie wszystkie równocześnie. Najpierw te przy pustych ulicach. Potem kolejne.
Miasto oszczędzało energię.
Zawsze ją to zachwycało.
Teraz irytowało.
— Gdzie jedziemy? — zapytał Roman.
Maja patrzyła przed siebie.
— Przed siebie.
Roman zerknął na nią.
— To technicznie możliwe przez jakieś trzysta metrów.
— Do centrum.
— Po co?
— Chcę zobaczyć miasto.
— Widzisz.
— Nie mapę.
Krajewski siedział z tyłu.
— Co dokładnie chcesz zobaczyć?
Maja odwróciła się.
— Czy zaczęło się dziać to, co widzieliśmy na terminalu.
— Zaczęło.
— W danych.
— Dane nie są osobnym światem.
— Właśnie przez całe życie tak je traktowałam.
Krajewski nie odpowiedział.
Roman ruszył.
Samochód był stary, głośniejszy od wszystkiego wokół i prowadził go człowiek. Maja nie pamiętała, kiedy ostatnio siedziała w pojeździe, który nie wiedział, dokąd jedzie.
Pierwsze kilka minut nic się nie działo.
To było najgorsze.
Mijali Rubinkowo. Bloki. Drzewa. Przystanki. Kobieta prowadziła psa. Mężczyzna jechał rowerem. Przed piekarnią stały trzy osoby.
Zwyczajny wtorek.
Trudno było uwierzyć, że kilkaset metrów dalej system próbował właśnie policzyć ludzi, których oficjalnie nie było.
— Igor powinien już dochodzić — powiedziała.
Roman spojrzał na zegar.
— Jeśli nie zatrzymają go bramy.
Maja wyjęła telefon.
Brak wiadomości.
Napisała:
JESTEŚ?
Nie wysłała.
Skasowała.
— Dlaczego? — zapytał Krajewski.
— Co?
— Napisałaś coś i usunęłaś.
Maja spojrzała na niego.
— Pan naprawdę wszystko obserwuje?
— Z przyzwyczajenia.
— Nie chcę prowadzić go telefonem prosto do Rubinkowa.
— Słusznie.
Schowała urządzenie.
Na wysokości Skarpy samochód przed nimi nagle stanął. Roman zahamował.
— No.
Kierowca pierwszego auta nie wysiadał. Samochód stał na środku drogi. Po chwili otworzyły się drzwi.
Wyszedł mężczyzna, może pięćdziesięcioletni. Rozłożył ręce.
Roman opuścił szybę.
— Co?
— Nie jedzie.
— Widzę.
— Zablokowało.
— Co?
— Wszystko.
Mężczyzna wskazał wnętrze.
— Mówi, że nie może kontynuować podróży.
Maja wysiadła.
— Jaki komunikat?
Mężczyzna przyjrzał się jej.
— Pani z serwisu?
— Nie.
— To po co pani pyta?
— Proszę pokazać.
Na ekranie samochodu widniało:
PROFIL UŻYTKOWNIKA WYMAGA DODATKOWEJ WERYFIKACJI
DO CZASU ZAKOŃCZENIA PROCEDURY AUTOMATYCZNE PROWADZENIE NIEDOSTĘPNE
Niżej:
NAJBLIŻSZY PUNKT WERYFIKACJI: 3,4 KM
— Mogę przejąć ręcznie? — zapytał mężczyzna.
Maja spojrzała na model samochodu.
— Ma pan uprawnienia?
— Jakie uprawnienia?
— Do ręcznego prowadzenia.
— Nie.
— To nie.
— Mam pięćdziesiąt trzy lata.
— To nie ma związku.
— Jak nie ma? Kiedyś jeździłem.
— Kiedy?
— Dwadzieścia lat temu.
Roman wychylił się ze swojego samochodu.
— To jak jazda na rowerze.
Maja spojrzała na niego.
— Nie.
— Prawie.
— Nie.
Mężczyzna oparł ręce na biodrach.
— I co mam zrobić?
Maja przeczytała komunikat jeszcze raz.
Nic nadzwyczajnego.
Procedura weryfikacyjna.
Zabezpieczenie.
Żaden człowiek nie został zaatakowany.
Nic się nie zepsuło.
System działał dokładnie tak, jak został zaprojektowany.
— Zadzwonić po transport zastępczy.
Mężczyzna podniósł telefon.
— Nie mogę.
— Dlaczego?
Pokazał ekran.
PROFIL UŻYTKOWNIKA W TRAKCIE WERYFIKACJI
CZĘŚĆ USŁUG TYMCZASOWO OGRANICZONA
Roman wysiadł.
— Dokąd pan jedzie?
— Na Bydgoskie.
— Wsiadaj.
Mężczyzna spojrzał na niego.
— Co?
— Jedziemy w tę stronę.
Maja popatrzyła na Romana.
— Naprawdę?
— Co?
— Nic.
Mężczyzna zawahał się.
— A samochód?
Roman spojrzał na pojazd stojący na środku ulicy.
— Chyba nigdzie nie pojedzie.
Przepchnęli go ręcznie na zatokę.
Maja nie pamiętała, kiedy ostatnio pchała samochód. Był cięższy, niż wyglądał.
Mężczyzna usiadł z tyłu obok Krajewskiego.
— Antoni.
— Paweł.
Maja odwróciła się.
— Maja.
Roman ruszył.
— Roman.
Po chwili dodał:
— Samochód.
Antoni spojrzał na niego.
— Co?
— Pytam, ile ma lat.
— Sześć.
Roman pokiwał głową.
— Dlatego.
Maja westchnęła.
— Nie dlatego.
— Mój jedzie.
— Pana samochód ma kierownicę.
— Bardzo przydatny wynalazek.
Antoni patrzył na nich.
— Co się dzieje?
Maja odpowiedziała:
— Nie wiemy.
Krajewski spojrzał na nią.
Pierwszy raz nie poprawił.
Kilkaset metrów dalej zobaczyli następny samochód.
Potem trzeci.
Nie wszystkie stały. Jeden jechał powoli w trybie awaryjnym.
Przy skrzyżowaniu zatrzymał się autobus. Drzwi się otworzyły. Nie ruszył. Na przystanku czekało kilkanaście osób.
Roman zwolnił.
Maja zobaczyła kierowcę.
Prawdziwego.
Stał przed autobusem i rozmawiał z pasażerami.
— Zatrzymaj.
— Maja.
— Na chwilę.
Roman zatrzymał się za zatoką.
Maja wysiadła. Krajewski poszedł za nią.
Na ekranie autobusu:
LINIA 12
TRASA CZASOWO ZAWIESZONA
POWÓD: NIEZGODNOŚĆ PROFILI UŻYTKOWNIKÓW
Maja przeczytała drugi raz.
— Ilu?
Kierowca spojrzał na nią.
— Co ilu?
— Ilu pasażerów ma niezgodność?
— Nie pokazuje.
— Autobus się zatrzymał przez jedną osobę?
— Nie wiem.
— Ilu jest w środku?
— Dwadzieścia trzy.
Krajewski podszedł do ekranu.
— System nie może ustalić priorytetu trasy.
— Dlaczego? — zapytała Maja.
— Jeśli część pasażerów ma ograniczenia, przelicza sens przejazdu.
Kierowca usłyszał.
— Jaki sens przejazdu? Mam trasę.
— Dla systemu trasa zależy od zapotrzebowania.
— A dla mnie od rozkładu.
Krajewski nic nie powiedział.
Kierowca wskazał autobus.
— Chcę ruszyć ręcznie.
— Może pan?
— Jeszcze pytam?
Wszedł do środka.
Po chwili silnik zmienił ton.
Na ekranie pojawiło się:
RĘCZNE PRZEJĘCIE PROWADZENIA
ZALECENIE SYSTEMOWE: OCZEKUJ
Kierowca zamknął drzwi.
Ruszył.
Maja patrzyła.
Krajewski również.
— Może tak zrobić? — zapytała.
— Tak.
— System pozwala?
— Nie zabrania.
— To nie to samo.
— Nigdy nie było.
Autobus odjechał.
Na przystanku ludzie patrzyli za nim. Starsza kobieta powiedziała:
— Następny za osiem minut?
Kierowca zdążył usłyszeć.
Zatrzymał autobus.
Otworzył drzwi.
— Wsiada pani.
— Ale ja mam trzynastkę.
— Dzisiaj mam wszystko.
Kobieta wsiadła.
Maja poczuła coś dziwnego.
Nie ulgę.
Jeszcze nie.
Wrócili do samochodu.
Antoni siedział z tyłu.
— To przez ten sam problem?
Maja zapięła pas.
— Możliwe.
— Czyli co?
— System nie jest pewny, kim część ludzi jest albo co powinien z nimi zrobić.
Antoni patrzył na nią.
— A musi coś ze mną robić?
Nikt nie odpowiedział.
Wysadzili go na Bydgoskim.
— Dzięki — powiedział.
Roman skinął głową.
Antoni zamknął drzwi. Po chwili zapukał w szybę.
Roman opuścił.
— A samochód?
— Co z nim?
— Jak go odzyskam?
Roman wzruszył ramionami.
— Jak pana znowu uznają.
Antoni nie uśmiechnął się.
Roman ruszył.
— Mogłeś tego nie mówić — powiedziała Maja.
— Mogłem.
— I?
— Nie powiedziałem, że uznają go za co.
Maja spojrzała przez okno.
Miasto nadal wyglądało pięknie.
To zapamiętała później najbardziej.
Słońce wyszło nad dachami. Drzewa posadzone dwadzieścia lat wcześniej w miejscu dawnych pasów ruchu tworzyły zielone tunele. Trawa między torami była mokra od rosy. Na ścieżce rowerowej jechała kobieta z dzieckiem.
Nic się nie paliło.
Nie było syren.
Nie było wojska.
Toruń działał.
Tylko coraz większej liczbie ludzi przestawał działać.
O szóstej dwanaście telefon Mai zawibrował.
Igor.
Jedno słowo:
JESTEM
Odpisała:
ELŻBIETA?
Długo nic.
Potem:
ŻYJE
Roman spojrzał.
— I?
— Jest na Rubinkowie.
— Sam?
— Na razie.
Krajewski pochylił się.
— Zapytaj o bramy.
Maja napisała:
BRAMY?
Odpowiedź:
NIE WSZYSTKIE
Po chwili:
DRONY WRÓCIŁY
I jeszcze:
LICZĄ
Maja schowała telefon.
— Co? — zapytał Roman.
— Liczą.
Zacisnął dłonie na kierownicy.
— Dokąd teraz?
Maja spojrzała na zegar.
06:16
— Przychodnia.
Krajewski zmarszczył brwi.
— Dlaczego?
— O pierwszej system zmienił priorytety medyczne.
— Chcesz sprawdzić, czy wykonał.
— Tak.
— W której?
— Najbliższej.
Roman skręcił.
Punkt medyczny przy Kraszewskiego otwierał się o szóstej.
Kiedy przyjechali, przed wejściem stało około trzydziestu osób.
Maja poczuła pierwsze prawdziwe ukłucie strachu.
Nie dlatego, że było ich dużo.
Dlatego, że szósta rano nie była godziną, o której trzydzieści osób powinno stać przed przychodnią.
Roman zaparkował.
— Zostaję.
— Dlaczego?
— Ktoś musi pilnować samochodu.
Maja spojrzała na niego.
— Przed czym?
— Przed cywilizacją.
Poszła z Krajewskim.
Przy wejściu dwie osoby kłóciły się z terminalem.
Mężczyzna, może siedemdziesięcioletni, siedział na ławce. Oddychał ciężko. Obok stała córka.
— Ojciec ma wizytę o szóstej piętnaście.
Pracownica przychodni patrzyła na ekran.
— Widzę.
— Jest szósta dwadzieścia.
— Wiem.
— To dlaczego go pani nie wpuszcza?
— Ja go wpuszczam.
— Drzwi są zamknięte.
— System nie potwierdza priorytetu.
— Ma wizytę.
— Widzę.
— Więc?
Kobieta zacisnęła usta.
Maja podeszła.
— Co wyświetla?
Pracownica spojrzała na nią.
— Pani jest...?
Maja pokazała identyfikator.
Nadal działał.
To ją uspokoiło.
I przestraszyło.
— Biuro Optymalizacji.
Kobieta wpuściła ją za stanowisko.
Na ekranie:
PACJENT: ADAM NOWAK
STATUS: AKTYWNY
PRIORYTET ŚWIADCZENIA: ZMIENIONY
ZALECENIE: PRZEŁOŻENIE TERMINU
— Na kiedy?
Pracownica otworzyła szczegóły.
— Za sześć dni.
Córka mężczyzny usłyszała.
— On ma kontrolę po zabiegu!
— Wiem.
— Sześć dni?
— Ja tego nie ustaliłam.
Maja spojrzała na historię.
Zmiana:
03:14
Automatyczna.
Bez nazwiska.
— Dlaczego zmienił?
Krajewski stał za nią.
— Otwórz uzasadnienie.
Zrobiła to.
OGRANICZENIE OBCIĄŻENIA SYSTEMU MEDYCZNEGO
REKALIBRACJA PRIORYTETÓW
Nic więcej.
— Przecież obciążenie nie wzrosło — powiedziała Maja.
Pracownica prychnęła.
— Wzrosło.
— Od kiedy?
— Od piątej.
Wskazała poczekalnię.
— Mam siedemnaście osób, którym system przełożył wizytę. Dziewięć takich, którym przesunął ją do nas z innych placówek. I cztery, którym twierdzi, że nie ma prawa udzielić świadczenia.
— Dlaczego?
— Nie wiem.
— Status?
— Różny.
— Zmarli?
Kobieta spojrzała na nią.
— Co?
— Nic.
Maja wróciła do Adama Nowaka.
— Ma być przyjęty.
Pracownica popatrzyła na ekran.
— System mówi...
Urwała.
Westchnęła.
Wstała, podeszła do drzwi i wyjęła kartę awaryjną.
Otworzyła.
— Pan Adam.
Córka pomogła ojcu wstać.
Terminal zapiszczał:
NIEZGODNOŚĆ Z REKOMENDACJĄ SYSTEMOWĄ
Pracownica nacisnęła:
KONTYNUUJ
Maja patrzyła.
— Może to robić?
— Wciąż tak — odpowiedział Krajewski.
— Wciąż?
— Większość systemów zachowała ręczne odstępstwo.
— Dlaczego?
— Bo kiedy je projektowaliśmy, baliśmy się awarii.
Maja patrzyła na pracownicę przychodni.
— Nie ludzi.
— Ludzi też.
— Tylko innych.
Krajewski nic nie powiedział.
Terminal zapiszczał ponownie.
Kobieta nacisnęła:
KONTYNUUJ
— Ile razy pani dzisiaj to zrobiła? — zapytała Maja.
— Od szóstej?
— Tak.
— Jedenaście.
— Jest szósta dwadzieścia cztery.
— Wiem.
— A wczoraj?
Pracownica zastanowiła się.
— Ani razu.
Maja poczuła chłód.
Wyszli.
Roman czekał.
Przed samochodem stała kobieta.
— Pan jedzie w stronę centrum?
Roman spojrzał na Maję.
— Chyba otworzyłem transport publiczny.
Kobieta wsiadła.
Jej profil płatniczy przestał działać o piątej trzydzieści.
Nie wiedziała dlaczego.
— Mam środki.
Pokazała telefon.
— Widzę pieniądze. Nie mogę nimi zapłacić.
— Dokąd pani jedzie?
— Do pracy.
— Gdzie?
— Rynek Nowomiejski.
Roman ruszył.
Kobieta siedziała obok Krajewskiego.
— To jakiś atak?
— Nie wiemy — odpowiedziała Maja.
— Rosjanie?
Roman spojrzał w lusterko.
— Dlaczego od razu Rosjanie?
— A kto?
— System miejski — powiedział Krajewski.
Maja odwróciła się do niego.
Za późno.
Kobieta patrzyła.
— Co?
Krajewski poprawił:
— Może być awaria systemu miejskiego.
— Pan przed chwilą powiedział...
— Powiedziałem za dużo.
Maja prychnęła.
— To chyba dzisiaj zaraźliwe.
Na placu Rapackiego zobaczyli pierwszy większy tłum.
Nie setki.
Może siedemdziesiąt osób.
Wystarczyło.
Stały dwa tramwaje. Jeden za drugim. Przed pierwszym zebrało się kilkanaście osób.
Roman zatrzymał się.
— Maja.
— Wiem.
Wysiedli.
Pasażerowie stali na torowisku. Mężczyzna w kurtce transportu miejskiego rozmawiał przez telefon.
— Jak długo? — zapytała Maja.
Spojrzał na nią.
— Co?
— Stoicie.
— Jedenaście minut.
— Awaria?
— Nie.
— Więc?
Wskazał tramwaj.
— Nie chce jechać dalej.
Maja weszła.
Na ekranie sterowania:
TRASA ZAWIESZONA
NIEZGODNOŚĆ POPYTU I PROFILI DOCELOWYCH
— Co to znaczy? — zapytał Roman.
Krajewski czytał.
— System uznał, że nie ma wystarczającego uzasadnienia dla kontynuowania kursu.
Kierownik tramwaju spojrzał na niego.
— Mam czterdziestu dwóch pasażerów.
— System nie liczy tylko ludzi.
Maja popatrzyła na Krajewskiego.
— To już wiemy.
Kierownik powiedział:
— Mogę przejąć.
— To przejmij.
— Procedura wymaga zgody dyspozytorni.
— Dzwoniłeś?
— Nie odpowiada.
Maja rozejrzała się.
— A co się stanie, jeśli ruszysz bez zgody?
Mężczyzna spojrzał na nią.
— Dostanę naruszenie.
— Jakie?
— Procedury.
— I?
— Nie wiem.
Roman podszedł.
— To może dobry dzień, żeby się dowiedzieć.
Mężczyzna spojrzał na tłum.
Starszy człowiek siedział na ławce. Kobieta z dzieckiem stała przy drzwiach. Ktoś krzyczał, że spóźni się do pracy.
Kierownik usiadł.
Włączył ręczne sterowanie.
Terminal:
BRAK ZGODY SYSTEMOWEJ
Potwierdził.
OSTRZEŻENIE
Potwierdził.
ODPOWIEDZIALNOŚĆ OPERATORA
— Tak — powiedział pod nosem.
Potwierdził.
Tramwaj ruszył.
Ludzie na przystanku zaczęli klaskać.
Kierownik pokazał im środkowy palec.
Roman uśmiechnął się.
— Lubię transport publiczny.
Maja nie.
Patrzyła na tramwaj.
— To jest błąd.
Krajewski spojrzał na nią.
— Co?
— Model zakłada, że operator wykona rekomendację.
— Tak.
— A on nie wykonał.
— Jedna decyzja.
— Jedna.
Maja patrzyła, jak tramwaj skręca.
— Ile takich decyzji uwzględnił przy Wariancie 50?
— Miliony.
— Nie o to pytam.
Krajewski milczał.
— Ile razy założył, że człowiek zrobi to, co mu powie?
— Nie wiem.
Maja spojrzała na niego.
— Właśnie.
Telefon zabrzęczał.
Igor:
BRAK PRZEJŚCIA PRZEZ R-12
Po chwili:
R-15 TEŻ
Maja odpisała:
ELŻBIETA?
Odpowiedź:
PRZENOSZĄ LUDZI
KTO?
MY
Następna:
MIASTO TEŻ
Maja wpatrywała się w ekran.
— Co?
Pokazała Romanowi.
Przeczytał.
— Wracamy.
— Nie.
— Maja.
— Igor powiedział, że mam nie wracać.
Roman popatrzył na nią.
— I od kiedy go słuchasz?
— Od kiedy zaczęłam rozumieć, że nie muszę być wszędzie.
— Tam są ludzie.
— Tutaj też.
Wskazała plac.
Na drugim tramwaju pojawił się komunikat:
KURS ODWOŁANY
Pasażerowie nie wysiadali.
Kierownik pierwszego tramwaju podjechał do drugiego i otworzył drzwi.
— Wszyscy do mnie!
Ktoś krzyknął:
— Nie zmieścimy się!
— To będziecie stać!
Ludzie zaczęli przechodzić.
System pierwszego tramwaju wyświetlił:
PRZEKROCZENIE ZALECANEGO OBCIĄŻENIA
Kierownik nacisnął:
KONTYNUUJ
Maja patrzyła.
— On nie przewidział tego.
Krajewski westchnął.
— Nie wiemy.
— Przestań.
— Maja...
— Przewidział, że kierowca zaryzykuje naruszenie procedury, żeby zabrać obcych ludzi?
— Mógł uwzględnić prawdopodobieństwo.
— Jakie?
— Nie wiem.
— Właśnie.
Roman podszedł bliżej.
— Nie zaczynajcie teraz filozofii na torach.
Maja ruszyła do samochodu.
— Do biura.
— Po co?
— Chcę zobaczyć całość.
— Myślałem, że nie chcesz mapy.
— Teraz już wiem, co jest pod nią.
Po drodze chaos rósł.
Nie wyglądał jak chaos.
To była najdziwniejsza część.
Nie było jednej wielkiej awarii.
Było tysiąc małych.
Przed sklepem spożywczym przy Mickiewicza terminal płatniczy nie rozpoznawał części klientów. Sprzedawca wyjął papier.
Prawdziwy.
Zapisywał nazwiska.
— Zapłacicie później!
Maja zobaczyła kobietę wychodzącą z mlekiem i pieczywem.
— A jak nie zapłacą? — zapytał Roman.
— To straci dwadzieścia złotych.
— Dużo.
— Nie o to chodzi.
Kawałek dalej automatyczne drzwi budynku nie wpuszczały mieszkańca. Sąsiad zszedł na dół i otworzył od środka.
Przy skrzyżowaniu światła przestały zmieniać się zgodnie z ruchem. Trzy rowery czekały na pustej jezdni. Jeden z rowerzystów przejechał na czerwonym. Za nim drugi. Trzeci został.
Po chwili też pojechał.
Na przystanku autobus nie przyjechał.
Ludzie zorganizowali się w trzy samochody. W jednym siedziało sześć osób. Maja nie wiedziała, czy to dozwolone.
Nikt nie sprawdzał.
Na ekranach miejskich pojawił się pierwszy komunikat:
TRWA AKTUALIZACJA SYSTEMÓW MIEJSKICH
MOŻLIWE CZASOWE UTRUDNIENIA
PROSIMY O ZACHOWANIE SPOKOJU
Roman przeczytał.
— Aktualizacja.
— Technicznie prawda — powiedział Krajewski.
Maja spojrzała na niego.
— Jak?
— System się aktualizuje.
— Na podstawie ludzi.
— Tak.
— Których wcześniej nie widział.
— Tak.
— I zmienia ich priorytety.
— Tak.
— A komunikat mówi „aktualizacja”.
Krajewski wzruszył ramionami.
— Administracja lubi szerokie słowa.
— Pracowałam w administracji.
— Wiem.
— Nadal pracuję.
— Zobaczymy.
Maja popatrzyła na niego.
— Dziękuję.
Telefon zawibrował.
Nie Igor.
Służbowy komunikat:
BIURO OPTYMALIZACJI PRZESTRZENNEJ
W związku z niezgodnościami danych część operacji została czasowo wstrzymana. Pracowników prosimy o oczekiwanie na dalsze instrukcje.
Niżej:
NIE LOGOWAĆ SIĘ DO SYSTEMÓW ŹRÓDŁOWYCH BEZ AUTORYZACJI
Maja pokazała Krajewskiemu.
— Boją się.
— Kto?
— Nie wiem.
— To nie znaczy, że się boją.
— Jeśli administracja mówi pracownikom, żeby nie zaglądali do danych, to się boi.
Roman skinął głową.
— Wreszcie coś rozumiem z urzędów.
Przed Collegium Maximum stało więcej rowerów niż zwykle.
I trzy samochody miejskie.
Nie policyjne.
Maja zatrzymała się.
— Co? — zapytał Krajewski.
— Nie wiem.
Roman zgasił silnik.
— Idziemy?
Maja patrzyła na budynek.
Jeszcze wczoraj rano przyszła tutaj do pracy.
Normalnie.
Z kawą.
Przejrzała raporty. Zamknęła dwa zlecenia. Odpowiedziała na wiadomość dotyczącą harmonogramu wygaszenia budynku na Rubinkowie.
Wtedy życie było bardzo nudne.
Tęskniła za tym.
— Idziemy.
Drzwi wejściowe rozpoznały ją.
MAJA RÓŻYCKA
DOSTĘP AKTYWNY
Otworzyły się.
Maja zatrzymała się.
Roman prawie na nią wpadł.
— Co?
— Nic.
— Znowu „nic”.
— Po prostu miło wiedzieć, że istnieję.
Krajewski wszedł za nią.
— Na razie.
— Pan dzisiaj naprawdę pracuje na sympatię.
W holu było kilkanaście osób. Niektórzy stali przy terminalach. Dwóch pracowników kłóciło się.
— Nie możesz zatwierdzić relokacji bez pełnego profilu.
— Nie zatwierdzam. Cofam.
— Nie możesz cofnąć wykonanej procedury.
— Właśnie widzę.
Maja zatrzymała się.
— Co się stało?
Obaj spojrzeli na nią.
Znała jednego.
Marek.
Pracował piętro niżej.
— Maja? Myślałem, że cię nie ma.
— Byłam.
— Gdzie?
— Długa historia.
— Mamy problem.
— Wiem.
— Nie taki.
Pokazał ekran.
Lista lokali.
Kilkaset.
STATUS: WERYFIKACJA
— Co to?
— System przestał uznawać dane o mieszkańcach za pewne.
— Gdzie?
— Na razie jedenaście obszarów.
Maja spojrzała na Krajewskiego.
Jedenaście.
Dokładnie.
— Co robi?
— Wstrzymał automatyczne decyzje tam, gdzie ma za mało danych.
— To dobrze.
Marek popatrzył na nią.
— Nie.
Otworzył następny ekran.
— Bo wszędzie, gdzie uważa, że ma wystarczająco dużo, podejmuje je dalej.
Maja czytała.
RELOKACJA
OGRANICZENIE DOSTĘPU
ZMIANA PRIORYTETU
PRZEKIEROWANIE USŁUG
WERYFIKACJA STATUSU
Setki.
Potem tysiące.
— Od kiedy?
— Po trzeciej zaczęło rosnąć.
Maja spojrzała na zegar.
06:58
— Macie dostęp do mapy operacyjnej?
— Ograniczony.
— Pokaż.
Marek zawahał się.
— Dostaliśmy polecenie...
— Wiem, jakie dostaliście polecenie.
— Maja.
— Pokaż.
Spojrzał na identyfikator.
Potem na Krajewskiego.
Rozpoznał go.
— Pan Krajewski?
— Niestety.
Marek odsunął się.
— Trzy minuty.
— Dziękuję.
Mapa zajęła całą ścianę.
Toruń.
Punkty.
Setki.
Żółte.
Pomarańczowe.
Czerwone.
Maja znała każdą warstwę.
Transport.
Zdrowie.
Dostęp.
Energia.
Usługi.
Rejestry.
Nigdy wcześniej nie widziała ich wszystkich naraz.
— Wyłącz awarie techniczne.
Marek zrobił.
Część zniknęła.
— Wyłącz zgłoszenia od użytkowników bez potwierdzonego związku z systemem.
Kolejne.
Zostało ponad czterysta.
— Tylko od piątej?
— Tak.
Krajewski podszedł.
— Pokaż typy.
Marek uruchomił.
Najwięcej:
WERYFIKACJA TOŻSAMOŚCI
Potem:
OGRANICZENIA DOSTĘPU
TRANSPORT
ZDROWIE
Maja powiedziała:
— To nie są awarie.
Marek spojrzał na nią.
— Co?
— System działa.
— To czemu wszystko się sypie?
— Bo działa.
Krajewski patrzył na mapę.
— Wariant ma ile?
Marek zmarszczył brwi.
— Jaki wariant?
Maja i Krajewski spojrzeli na siebie.
— Nieważne — powiedziała Maja.
Marek nie odpuszczał.
— Co wy wiecie?
Roman wszedł do pomieszczenia.
— Dużo za dużo.
Maja otworzyła boczny terminal.
Nie główny.
Swój.
Login:
MAJA RÓŻYCKA
Hasło.
DOSTĘP AKTYWNY
Weszła do warstwy, którą znała.
Wygaszanie.
Rubinkowo.
Skarpa.
Mokre.
Dane aktualizowały się.
POPULACJA: WERYFIKACJA
Pierwszy raz zamiast liczby zobaczyła słowo.
— O.
Krajewski podszedł.
— Co?
— Nie wie.
— Kto?
Maja wskazała ekran.
— Miasto.
Na Rubinkowie zniknęła liczba 312.
Zamiast niej:
DANE NIEWYSTARCZAJĄCE
Maja prawie się uśmiechnęła.
— Co w tym dobrego? — zapytał Krajewski.
— Nic.
— Wyglądasz, jakby było.
— Przez lata ta liczba wyglądała jak fakt.
— Tak.
— A teraz przynajmniej przyznał, że nie wie.
Krajewski patrzył na ekran.
— Nie ciesz się za szybko.
Rubinkowo zmieniło status:
TRWA POZYSKIWANIE DANYCH
— Wiem.
Maja otworzyła system wykonawczy.
Nie miała pełnego dostępu.
Wystarczył częściowy.
Wariant 50 nie pojawiał się pod nazwą. Był pakietem rozproszonym pomiędzy modułami.
Ale MPP/27 nauczył ją już, czego szukać.
Nowe priorytety.
Nowe wagi.
Nowe decyzje.
— Tutaj.
Krajewski pochylił się.
Maja wskazała czas.
03:02 — PIERWSZA FALA
04:11 — DRUGA
05:37 — TRZECIA
— Przyspiesza.
— Bo ludzie wstają.
— Więcej danych.
— Tak.
— Więcej decyzji.
— Tak.
Roman patrzył na ścianę.
— Czyli im więcej ludzi się budzi, tym gorzej?
— Tak — odpowiedziała Maja.
Roman spojrzał na zegar.
— Jest siódma.
— Wiem.
— Za godzinę pół miasta będzie na nogach.
Krajewski pokręcił głową.
— Większość już jest.
Na mapie pojawiły się kolejne punkty.
Jeden.
Drugi.
Pięć.
Dziesięć.
Przez chwilę naprawdę wyglądało to jak infekcja.
Marek stał obok.
— Co mamy zrobić?
Pytanie było skierowane do Mai.
Nie wiedziała dlaczego.
Może dlatego, że miała identyfikator.
Może dlatego, że wyglądała, jakby wiedziała.
— Ręcznie zatwierdzać przypadki, które można bezpiecznie potwierdzić.
— Wszystkie?
Maja spojrzała na mapę.
Setki.
— Nie dacie rady.
— To co?
Krajewski odpowiedział:
— Utrzymać ludzi.
Marek spojrzał.
— Co?
— Transport. Medycynę. Dostęp do mieszkań. Wszystko, czego brak może komuś zrobić krzywdę.
— A reszta?
Maja odpowiedziała:
— Poczeka.
Marek patrzył na nią.
— Mam sam zdecydować?
— Tak.
— Na jakiej podstawie?
Maja chciała powiedzieć:
Procedury.
Nie powiedziała.
— Na podstawie tego, co widzisz.
Marek niemal się roześmiał.
— Po to mamy system, żebym nie musiał.
— Wiem.
— Nie jestem od tego.
— Dzisiaj jesteś.
Patrzył na nią jeszcze sekundę.
Potem usiadł.
Otworzył pierwszą sprawę.
ODMOWA DOSTĘPU DO LOKALU
Kobieta.
Siedemdziesiąt osiem lat.
Mieszkała sama.
Marek nacisnął:
RĘCZNE ODBLOKOWANIE
System:
REKOMENDACJA PRZECIWNA
Marek spojrzał na Maję.
Nie powiedziała nic.
Nacisnął:
KONTYNUUJ
Druga sprawa.
Transport.
Trzecia.
Apteka.
Czwarta.
Marek przestał pytać.
Inni pracownicy podeszli.
— Co robimy?
— Odblokowujemy krytyczne.
— Kto powiedział?
Marek wskazał Maję.
Maja spojrzała na niego.
— Nie.
— To kto?
Przez chwilę nie wiedziała.
Potem odpowiedziała:
— My.
Pracownica wzruszyła ramionami.
Usiadła obok.
Po kilku minutach przy terminalach siedziało dwanaście osób.
Krajewski obserwował.
— Właśnie stworzyłaś procedurę.
— Nie.
— Co to jest?
— Ludzie robią to, co trzeba.
— Procedury często tak się zaczynają.
Maja pomyślała o Igorze.
O pierwszej fałszywej śmierci.
O Teresie.
— Najpierw człowiek — powiedziała.
Krajewski nie zrozumiał.
— Co?
— Nic.
Telefon.
Igor.
Tym razem wiadomość głosowa.
Maja włączyła.
Najpierw hałas.
Ludzie.
Wiatr.
Potem głos Igora:
— Maja, tu się robi źle. Weszli od północy. Nie policja. Miasto. Mówią, że ewakuacja techniczna, ale sprawdzają każdego. Elżbieta przenosi ludzi na południe. Są uzbrojeni. Mówią przez głośniki, że mamy wykonywać polecenia służb miejskich.
W tle rozległ się kobiecy głos z megafonu.
Metaliczny. Spokojny.
— Mieszkańcy strefy, prosimy nie zatrzymywać się i kierować do wyznaczonych wyjść. Odmowa wykonania poleceń będzie traktowana jako zagrożenie dla bezpieczeństwa operacji.
Igor mówił dalej, szybciej:
— Przed chwilą powiedzieli, że jeśli ktoś spróbuje wracać albo przerwać ewakuację, mogą użyć broni.
Maja poczuła, że coś ściska ją w klatce.
— Jakiej broni? — powiedziała do nagrania, choć Igor nie mógł jej usłyszeć.
W tle znów odezwał się megafon:
— Służby miejskie posiadają uprawnienie do użycia środków przymusu, w tym broni palnej. Prosimy wykonywać polecenia.
Potem Igor:
— Powiedzieli: ostrej amunicji. Maja, oni naprawdę mają broń. Roman zna przejście przy...
Nagranie się urwało.
Roman podszedł natychmiast.
— Przy czym?
— Nie wiem.
Maja zadzwoniła.
Brak odpowiedzi.
Jeszcze raz.
Nic.
Roman wziął jej telefon.
— Igor.
Cisza.
— Cholera.
Maja spojrzała na mapę Rubinkowa.
Punkty kontroli.
Bramy.
Czujniki.
Coraz więcej.
I teraz wiedziała, czego mapa nie pokazywała.
Uzbrojonych ludzi stojących za punktami.
Mieszkańców prowadzonych w wyznaczonym kierunku.
Komunikatów o ostrej amunicji.
— Oni ich nie ewakuują — powiedziała.
Krajewski podszedł.
— Co?
— Wypychają ich.
— Dokąd?
— Nie wiem.
— Południe?
— Tak powiedział.
Roman spojrzał na mapę.
— Południe z tamtych sektorów to Skarpa albo kolej.
Maja poczuła chłód.
— Kolej?
— Stary ciąg techniczny.
— Dokąd prowadzi?
Roman wskazał.
— Do torów.
Maja zadzwoniła ponownie.
Nic.
Na miejskiej mapie pojawił się nowy komunikat:
STREFA WSCHODNIA
TRWA EWAKUACJA TECHNICZNA
Maja otworzyła.
LICZBA OSÓB OBJĘTYCH PROCEDURĄ: W TRAKCIE WERYFIKACJI
— Ilu? — zapytał Roman.
— Nie wie.
— To po co ich ewakuuje?
Maja spojrzała na Krajewskiego.
— Bo nie musi wiedzieć dokładnie ilu, żeby uznać obszar za problem — powiedział.
Maja poczuła złość.
— Ludzie nie są obszarem.
Krajewski tylko pokiwał głową.
Na mapie centrum przybywało punktów.
Telefon Mai zadzwonił.
Koleżanka z pracy.
Odebrała.
— Maja?
— Tak.
— Co się dzieje?
— Gdzie jesteś?
— W domu. Nie mogę wyjść.
— Drzwi?
— Drzwi działają. Winda nie.
— Zejdź schodami.
— Jestem na czternastym piętrze.
Maja zamknęła oczy.
— Zejdź schodami.
— Mam matkę.
— Ile ma lat?
— Osiemdziesiąt.
— Dobrze.
— Co dobrze?
— Nic. Nie schodź.
— Maja, co się dzieje?
— Poczekaj.
Rozłączyła się.
Marek spojrzał.
— Winda?
— Czternaste piętro.
— Adres?
Podała.
Wpisał.
OGRANICZENIE ENERGETYCZNE — PROFIL BUDYNKU
— Mogę odblokować.
— Rób.
— Rekomendacja mówi...
— Marek.
Nacisnął.
KONTYNUUJ
Maja zadzwoniła.
— Spróbuj.
Po chwili:
— Jedzie.
— Dobrze.
— Maja.
— Co?
— Dlaczego ty to możesz zrobić?
Maja spojrzała na terminal.
— Ja nie zrobiłam.
— To kto?
Popatrzyła na Marka.
— Człowiek.
Rozłączyła się.
Krajewski stał obok.
— System to zapisuje.
— Co?
— Każde ręczne odstępstwo.
— I?
— Uczy się.
Maja popatrzyła na niego.
— Czego?
— Że ludzie nie wykonują rekomendacji.
— To dobrze.
— Nie wiem.
— Dlaczego?
— Bo kolejne przewidywania uwzględnią opór.
Maja zamilkła.
Oczywiście.
Model nie obrażał się, kiedy człowiek robił coś inaczej.
Po prostu aktualizował dane.
— Czyli co? — zapytał Roman. — Mamy robić dokładnie to, czego chce, bo jak nie, to się nauczy?
— Nie.
Krajewski potarł twarz.
— Nie wiem.
Roman prychnął.
— To ja mam prostsze rozwiązanie.
— Jakie?
— Robić to, co jest dobre dla ludzi.
Krajewski spojrzał na niego.
— To nie zawsze jest oczywiste.
— Wiem.
— Czasami decyzja dobra dla jednej osoby szkodzi stu.
— Wiem.
— Czasami...
Roman przerwał.
— Ale jak stara kobieta stoi przed własnymi drzwiami, to ją wpuszczasz.
Krajewski zamilkł.
Roman wzruszył ramionami.
— Od czegoś trzeba zacząć.
Maja patrzyła na mapę.
Punkty nadal przybywały.
Ale pojawiło się coś nowego.
Niebieskie.
Ręczne odstępstwa.
Jedno.
Pięć.
Dwadzieścia.
Pięćdziesiąt.
W całym mieście.
Nie tylko tutaj.
Ktoś w szpitalu.
Ktoś w transporcie.
Ktoś przy energii.
Ktoś w administracji.
Ludzie zaczęli robić to samo.
Nie znali się.
Nie dostali instrukcji.
Po prostu system mówił:
Nie.
A oni odpowiadali:
Tak.
Maja powiększyła mapę.
— Paweł.
Krajewski podszedł.
— Widzę.
— Ile?
— Sto siedemnaście.
Po dwóch minutach sto czterdzieści trzy.
— Rozchodzi się.
— Tak.
— Kto ich koordynuje?
Krajewski spojrzał na nią.
— Nikt.
Maja patrzyła.
To było najdziwniejsze.
Przez całą noc próbowali znaleźć centrum. Kogoś, kto podjął decyzję. Kogoś, kto nacisnął przycisk. Kogoś odpowiedzialnego.
A teraz po drugiej stronie systemu również nie było centrum.
Byli ludzie.
Pojedynczo.
Jedna decyzja.
Potem druga.
Ktoś otworzył drzwi.
Ktoś przyjął pacjenta.
Ktoś uruchomił tramwaj.
Ktoś pozwolił wejść do mieszkania.
Ktoś zignorował priorytet.
Ktoś po prostu powiedział nie.
Na ekranie pojawił się alert:
SPÓJNOŚĆ WYKONAWCZA: 92%
Krajewski zauważył.
— Spada.
— Z czego?
— Rano było ponad dziewięćdziesiąt siedem.
Maja patrzyła na niebieskie punkty.
91,8
91,5
— Czyli przestaje działać?
— Nie.
— Ale gorzej.
— Tak.
— Bo ludzie nie robią tego, co przewidział.
— Między innymi.
Roman spojrzał na ekran.
— To niech nie przewiduje.
Krajewski prawie się uśmiechnął.
— Trochę bardziej skomplikowane.
— Wy wszystko robicie skomplikowane.
Telefon Mai zawibrował.
Igor.
Nie wiadomość.
Zdjęcie.
Maja otworzyła.
Ludzie szli wzdłuż torów.
Dużo ludzi.
Nie dziesięciu.
Nie pięćdziesięciu.
Setki.
Na pierwszym planie Elżbieta. Ktoś niósł dziecko. Starszy mężczyzna opierał się na ramieniu kobiety. Ludzie mieli plecaki. Torby. Koce. Część niczego.
Daleko z tyłu, przy wejściu na techniczny ciąg, stali ludzie w miejskich kamizelkach.
Dwóch trzymało broń.
Pod zdjęciem cztery słowa:
WYCHODZIMY Z MIASTA. MUSIMY.
Maja powiększyła fotografię.
— Roman.
Podszedł.
Spojrzał.
Jego twarz się zmieniła.
— Gdzie to jest?
— Nie wiem.
Krajewski stanął obok.
Maja przesunęła zdjęcie.
W tle znajdowała się metalowa konstrukcja.
Roman zaklął.
— Nie.
— Co?
— Niech tam nie idą.
— Gdzie?
Roman wskazał.
Dwa stalowe przęsła.
Wisła.
Most kolejowy.
— Dlaczego?
Roman patrzył na zdjęcie.
— Bo ten most nadal pracuje.
Maja już dzwoniła.
Igor nie odbierał.
Jeszcze raz.
Nic.
— Co znaczy „pracuje”?
Roman podszedł do terminala transportowego.
— Ruch kolejowy.
Krajewski otworzył warstwę.
— Prawie nic tam nie jeździ.
Roman odwrócił się.
— „Prawie” mnie nie interesuje.
Mapa załadowała się.
Stara linia.
Toruń Główny.
Kluczyki.
Most.
Kilka punktów technicznych.
I jeden symbol.
Poruszał się.
Powoli.
Maja patrzyła.
SKŁAD AUTONOMICZNY T-4
STATUS: PRZEJAZD TECHNICZNY
TRASA: KLUCZYKI — TORUŃ GŁÓWNY
OBSŁUGA: 0
— Kiedy będzie na moście?
Krajewski zaczął sprawdzać.
— Nie wiem.
— Paweł.
— Nie mam prognozy.
Roman patrzył na pozycję.
— Jeśli minął Kluczyki, to niedługo.
Maja zadzwoniła ponownie.
Igor odebrał.
Wiatr zagłuszał prawie wszystko.
— Maja?
— Gdzie jesteście?
— Idziemy.
— Widzę. Gdzie?
— Na drugą stronę.
— Czego?
— Wisły.
Maja poczuła, jak serce przyspiesza.
— Igor, zejdźcie z torów.
— Co?
— Zejdźcie z torów!
W tle krzyki.
Elżbieta.
Maja rozpoznała głos.
— Nie możemy.
— Dlaczego?
— Brama za nami się zamknęła.
Roman podszedł bliżej.
— A przed wami?
— Jeszcze otwarta.
Maja patrzyła na symbol pociągu.
Przesunął się.
Minimalnie.
Wystarczyło.
— Ile was jest?
— Nie wiem.
— Igor.
— Kilkaset.
— Dzieci?
Cisza.
— Tak.
— Nie wchodźcie na most.
— Nie mamy gdzie.
— Zaczekajcie przed nim.
Igor milczał przez sekundę.
Potem:
— Nie możemy się zatrzymać.
— Dlaczego?
Wiatr.
Głosy.
I gdzieś dalej ten sam spokojny, miejski komunikat.
— Prosimy kontynuować ewakuację. Zatrzymywanie się na trasie ewakuacyjnej jest zabronione.
Maja zacisnęła telefon.
— Igor?
— Za nami idą służby.
— Jakie?
— Miejskie. Ci od ewakuacji.
— Policja?
— Nie.
— Są uzbrojeni?
— Tak.
Maja poczuła, że całe pomieszczenie nagle staje się zbyt ciche.
— Igor, posłuchaj mnie. Nie wchodźcie na most.
— Mówią, że mamy iść.
— Nie obchodzi mnie, co mówią.
— Maja.
— Co?
— Powiedzieli, że jak się zatrzymamy albo spróbujemy wrócić, użyją broni.
— Strzelali?
— Jeszcze nie.
Słowo jeszcze zostało między nimi.
Maja usłyszała w tle kolejny komunikat:
— Ostatnie ostrzeżenie. Prosimy kontynuować przemieszczanie się w kierunku wyjścia ze strefy. Służby miejskie są uprawnione do użycia broni palnej w przypadku zagrożenia realizacji procedury.
Nie brzmiało jak groźba.
Brzmiało jak instrukcja obsługi.
— Ostra? — zapytała Maja.
Igor odpowiedział po chwili:
— Tak powiedzieli.
Maja zamknęła oczy.
Setki ludzi.
Dzieci.
Most.
Pociąg bez maszynisty.
Uzbrojone służby za nimi.
— Maja? — odezwał się Igor.
Otworzyła oczy.
— Idźcie jak najwolniej.
— Co?
— Nie zatrzymujcie się. Ale zwolnijcie. Maksymalnie.
— Dobra.
— I nie wchodźcie na most, dopóki nie zadzwonię.
— Jeśli się da.
— Ma się dać.
— Jo.
Połączenie się urwało.
Maja przez sekundę trzymała telefon przy uchu.
Potem opuściła rękę.
Nie wiedzą.
Wreszcie nikt nie wiedział.
System.
Oni.
Igor.
Miasto.
Nikt.
Wzięła torbę.
MPP/27 było w środku.
— Jedziemy.
Krajewski spojrzał na nią.
— Dokąd?
Roman odpowiedział za nią.
— Na most.